Miałem tu dać akapit o Liverpoolu: że z meczu na mecz wygląda na coraz bardziej poukładany, że Adam z Hendersonem rozumieją się coraz lepiej, że kilkudziesięciometrowe podania tego pierwszego coraz bardziej przypominają podania Xabiego Alonso, a jego umiejętność bicia rzutów rożnych przewyższa jeszcze dośrodkowania Hiszpana (ale też że Stewart Downing nadzwyczajnie radzi sobie na lewym skrzydle, co skądinąd świetnie wypunktowano we wczorajszym Match of the Day, a Lucas umożliwia tamtym zapędzanie się pod bramkę), no i że chłopaki lepiej kombinują bez Carrolla. Miałem również przygotowanych kilka zdań o Chelsea, gdzie Torres z Drogbą kolejny raz udowodnili, że dobrze współpracującego duetu z nich nie będzie, ale gdzie wciąż jest ta stara mistrzowska umiejętność zwyciężania nawet wtedy, kiedy nie gra się najlepiej… Miałem wreszcie dać akapit o Blackburn, w którym bałagan na szczytach klubowej hierarchii jest bodaj boleśniejszy od faktu, że zespół nie potrafi wykorzystać dwóch rzutów karnych. Kto jednak zawracałby sobie głowę jakimś Blackburn, a nawet Liverpoolem czy Chelsea, po takiej niedzieli?
Statystycy wyliczyli: podobnego lania Arsenal nie dostał od 1896 r. Co jednak gorsze od wyniku: że mecz z Manchesterem United zakończy się przesławnym laniem wydawało się pewne niemal od pierwszej minuty, bo w zasadzie każda akcja gospodarzy siała popłoch w obronie Kanonierów. Piłkarze Arsene’a Wengera oglądali się na siebie bezradnie albo się kłócili i nie było wśród nich nikogo, kto mógłby poderwać zespół do walki. Nawet Wojciech Szczęsny, choć przy każdym golu wydawało się, że jest o palec od obrony, powinien czuć się zakłopotany faktem, że zawodnicy MU świetnie wiedzą, iż trochę za często opuszcza linię bramkową i potrafią z tej wiedzy robić użytek.
Oglądam piłkę na tyle długo, żeby zdawać sobie sprawę, że czasem świetnym drużynom zdarza się po prostu nie mieć swojego dnia, albo że są piłkarze, którzy kiedy wynik jest przesądzony, powiedzmy przy stanie 3:0, po prostu spuszczają głowy i przestają grać. Szczerze mówiąc patrząc na dzisiejszy Arsenal miałem wrażenie, że chodzi o coś więcej. Za dużo osłabień, to jasne, bo oprócz odejścia Nasriego i Fabregasa mieliśmy dyskwalifikacje i kontuzje Wilshere’a, Songa, Vermaelena, Sagny, Gibbsa, Gervinho, Frimponga itd., ale podobnych usprawiedliwień można by przecież szukać dla Tottenhamu, który jednak przez ponad godzinę walczył na Old Trafford jak równy z równym.
Problemem numer jeden był brak jakiegokolwiek pomyślunku i organizacji w grze obronnej, problemem numer dwa – dyscyplina: trzecia czerwona kartka w tym sezonie, a przecież Howard Webb i tak był Kanonierom przychylny, bo już w pierwszej połowie śmiało mógł wyrzucić Arszawina (co się stało z Rosjaninem, który z objawienia tej ligi zamienił się w zawodnika, który nie potrafi przyjąć piłki, o celnym strzale nawet nie wspominając?). Problemem numer trzy: kondycja, której wyraźnie brakowało, zwłaszcza tym najmłodszym (Jenkinson, niezły debiutant Coquelin) – że też kondycji nigdy nie brakuje Czerwonym Diabłom…
Krążę i krążę wokół problemu najistotniejszego: wiary piłkarzy gości w siebie i w swojego menedżera. Pisałem już o tym raz czy drugi, że bijąca z Wengera nerwowość, to rzucanie butelkami w ziemię, nerwowe czochranie grzywki itd., musi mieć przełożenie na nastrój piłkarzy: czy aby na pewno facet wie, co robi? Z drugiej strony to przecież nie jest tak, że Arsene Wenger popełnił jakieś błędy w przygotowaniu taktyki na ten mecz, że powinien inaczej swoich piłkarzy ustawić (choć tak wysoko ustawiona linia obrony przy tak szybko biegających i zmieniających pozycje rywalach od początku nie wróżyła dobrze…) – nie, po prostu w tym składzie personalnym ta drużyna nie ma już szans w starciu z największymi. Można grać dobrze i odwracać losy pojedynku w Udine, ale na Old Trafford to już nie przejdzie: myliłem się w środowy wieczór, ćwierkając, że może od tej obronionej przez Szczęsnego jedenastki zacznie się odrodzenie Kanonierów. Wydaj te cholerne pieniądze, Arsene, jak śpiewają kibice na Emirates, ale wydaj je do sensu: na ludzi wyposażonych w umiejętności przywódcze i wolę walki nieprzemieniającą się wszak w niekontrolowaną agresję, ludzi, którzy potrafią się koncentrować przez 90 minut. Nazwiska takich ludzi padają przecież od miesięcy… Wydaj pieniądze, zanim wydadzą je na twojego następcę (przyznaję: na dopuszczenie do siebie myśli o zmianie menedżera Arsenalu wciąż jestem niegotowy).
O Manchesterze United dziś rozpisywał się nie będę, tym bardziej że widzę, jak stali komentatorzy szaleją pod poprzednim wpisem: naprawdę wydaje mi się, że wynik więcej mówi o piłkarzach Wengera niż Fergusona (ależ będzie miał dziś wieczór powrót do BBC, po siedmioletnim bojkocie…). Już lepiej powiedzieć parę słów o rywalach zza miedzy, przy których, co tu dużo gadać: Tottenham wyglądał dziś jak Bolton, z całym szacunkiem dla tej drużyny, oni zaś wyglądali jak… Niezwyciężony Arsenal – ten, który oprócz Henry’ego w ataku miał jeszcze Vieirę w drugiej linii. Trudno ująć w słowa zmianę, jaką widać w grze piłkarzy Roberto Manciniego, kiedy w wyjściowej jedenastce tego klubu są już nie tylko Silva i Dżeko, ale też Aguero i Nasri. Z tamtego nudnego, murującego bramkę MC sprzed roku nic nie zostało, podobnie jak nic nie zostało z tamtego statycznego, zagubionego w polu karnym rywali napastnika, jakim w ciągu pierwszego półrocza na Wyspach wydawał się Bośniak. Oto, jaką różnicę dla zawodnika czyhającego na ostatnie podanie sprawia posiadanie za plecami kilku zawodników aż w nadmiarze wyposażonych w umiejętność ostatniego podania (biedny van Persie, pozbawiony takiego wsparcia…).
Jednak mimo fenomenalnych goli Dżeko (głową, obiema nogami, z pola karnego i spoza szesnastki!), dalece nie na nim powinna się koncentrować nasza uwaga. Samir Nasri po zaledwie kilku dniach treningu z nowymi kolegami zdawał się rozumieć z nimi bez słów i zaliczył trzy asysty. Aguero i Silva nieustannie zmieniali pozycje, uwijając się między obrońcami a pomocnikami Tottenhamu (na ich tle Nasri wyglądał jednak dość konserwatywnie, pilnując lewej strony boiska), Barry i Yaya Toure czyścili przedpole, Zabaleta wyłączył z gry Bale’a, Hart bronił to, co do niego należało… W sumie drużyna bez słabych punktów, od numeru pierwszego do jedenastego i z porażającą ławką rezerwowych, na której Carlos Tevez tkwił jak najbardziej zasłużenie, bo też i kogo miałby zmienić (kibice Arsenalu są dziś wystarczająco sfrustrowani, żeby kazać im porównywać dzisiejsze ławki ich zespołu i trzeciej drużyny Anglii…).
Oczywiście jest tak, że Manchester City grający w tym ustawieniu miał z Tottenhamem grającym w tym ustawieniu ułatwione zadanie: Scott Parker, będący ponoć o włos od transferu na White Hart Lane przydałby się dziś sto razy bardziej od Krajnczara i niebędącego w pełni sił Huddlestone’a, który zastąpił Chorwata w drugiej połowie. Z drużyną grającą w systemie 4-3-3 i mającą tak ruchliwych kreatywnych zawodników z przodu, niewystawienie defensywnego pomocnika stwarza gigantyczną przestrzeń do eksploracji między twoją linią obrony a pomocnikami. W tym sensie nie ma co narzekać na zmarnowaną sytuację Bale’a przy stanie 0:0, na niepodyktowanego karnego za rękę tuż przed zdobyciem pierwszej bramki przez MC, i na pudło Croucha po genialnym dośrodkowaniu Bale’a już przy stanie 0:1 – nie w pierwszej połowie, to w drugiej City i tak wykorzystałoby swoje atuty i skończyłoby się tak jak w poniedziałek na Old Trafford. Ileż się zmieniło w ciągu dwunastu miesięcy: od czasu kiedy na inaugurację poprzedniego sezonu Tottenham omal nie rozstrzelał Manchesteru City, a właściwie: rozgrywającego wówczas mecz życia Joe Harta.
W kwestii Tottenhamu pozostają dwie niewiadome: Luka Modrić, który na dwie godziny przed meczem poprosił Harry’ego Redknappa o niewstawianie do składu, i Rafael van der Vaart, którego na dwie godziny przed meczem Redknapp powinien poprosić o niewychodzenie na boisko. Niewiadoma pierwsza: czy Chelsea zgłosi się w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin z jakimiś 40 milionami, i czy prezes Levy ulegnie takiej ofercie (Redknapp sugerował, że w głowie Chorwata znów coś się stało tej nocy, kiedy do prasy poszedł przeciek o nowej ofercie ze Stamford Bridge, bo wczoraj na treningu Modrić spisywał się bez zarzutu). Niewiadoma druga: czy menedżer zdecyduje się posadzić Holendra na ławce, już nie tylko w związku z kiepską formą (van der Vaart wciąż nie wydaje się zdolny do gry przez 90 minut) i przerażającym wprost egoizmem przed polem karnym, ale także w związku z zachowaniem w drugiej połowie spotkania, kiedy po nieudanym wślizgu złapał kontuzję uda, ale wiedząc, że drużyna wykorzystała już komplet zmian nie został na boisku, żeby choć markować wsparcie dla kolegów, tylko zszedł prosto do szatni, kopiąc jeszcze z wściekłością futbolówkę w tunelu. Paradoksalnie w dziesiątkę bez van der Vaarta raz czy drugi pomiędzy piłkarzami Tottenhamu coś zaiskrzyło.
W sumie: świetne nastroje w Manchesterze i fatalne w północnym Londynie. Święty spokój przed zamykaniem okienka w jednym mieście i niewiarygodna nerwowość w drugim. Żeby tę nerwowość jakoś spacyfikować, zapraszam na środę, na blogowanie non stop. Będą niespodzianki, nie tylko transferowe.
Skomentuj ~Dudek Anuluj pisanie odpowiedzi