Arsenal z West Bromwich Albion czy Manchester City z Chelsea? Ten pierwszy mecz zakończył się sensacyjnie, ale jest kilka dobrych powodów, by zacząć od drugiego. Po pierwsze, wywołany przy jego okazji (i w związku z długą listą kontuzjowanych piłkarzy MC) temat skądinąd nienowy: narzekań piłkarzy na zbyt ciężkie treningi pod Roberto Mancinim. Ostatnim, który go podjął, był Raymond Verheijen, holenderski ekspert od przygotowania fizycznego piłkarzy, pracujący do tych wakacji na City of Manchester Stadium, a zatrudniony jeszcze przez Marka Hughesa. Za czasów Walijczyka mieliśmy najlepiej przygotowaną kondycyjnie i jedną z najzdrowszych drużyn ekstraklasy, ale Włoch wszystko zepsuł – tak można streścić wywody Holendra. Niemal w każdym tygodniu Roberto Mancini organizuje któregoś popołudnia dodatkową sesję treningową – nic dziwnego, że wiele kontuzji wynika z przeciążenia organizmów piłkarzy i nie wydarza się w warunkach meczowych. Verheijen podobno jeździł nawet do Cardiff, doradzać Craigowi Bellamy’emu, jak po katastrofalnym okresie przygotowawczym w Manchesterze przeżyć dziewięć miesięcy biegania za piłką w Championship.
Po drugie, szeroko dyskutowany wywiad Manciniego dla Martina Samuela, zawierający zdanie, że piłkarze, których głównym zainteresowaniem jest wolny dzień, powinni sobie szukać innego klubu, a także napomnienie posadzonego wczoraj na ławce Adama Johnsona, że powinien skupić się na piłce, nie na życiu celebryty. Oraz przedłużająca się nieobecność w pierwszym składzie Emanuela Adebayora i Shaya Givena (by wymienić tylko najważniejszych). Po trzecie, konfrontacja dwóch najbogatszych właścicieli. Po czwarte, konfrontacja dwóch włoskich trenerów. Po piąte, konfrontacja podobnych w gruncie rzeczy ustawień (nawet jeśli to stosowane przez Chelsea bardziej przypomina 4-3-3, a to, w którym wychodzi Manchester City, 4-5-1) – jak widać schematów narracyjnych znalazłoby się co niemiara.
Skupiam się tu na kwestiach okołomeczowych, ale w końcu jaki to był mecz, sami widzieliście. Trzech środkowych pomocników gospodarzy neutralizowało ustawionych naprzeciwko trzech środkowych gości, na boisku panował tłok, a niecelnych podań było, jak na ten poziom drużyn, zaskakująco dużo. Ostatni kwadrans pierwszej połowy przyniósł wprawdzie rozluźnienie (zwłaszcza boczni obrońcy Chelsea zrobili się wówczas nieco odważniejsi), ale po przerwie wszystko wróciło do normy: gdyby nie frycowe, jakie w Premier League zapłacił Ramires, związane z jego stratą piłki, a następnie kilkudziesięciometrowym rajdem Teveza, zakończyłoby się pewnie bezbramkowo.
Sporo się mówi o wielomilionowych transferach Manciniego, ale tym razem najlepsi na boisku byli ci, których kupowali jeszcze poprzednicy Włocha, w dodatku piłkarze stosunkowo najmniej galaktyczni: de Jong (jak napisał Daniel Taylor: potrafi dużo więcej niż kopniak w klatę…), Barry oraz Kompany. Mnie zaimponował zwłaszcza bezbłędny Belg na środku obrony (z HSV sprowadzano go jako defensywnego pomocnika, ale czwórki defensywnych pomocników na boisku nawet Mancini nie zmieści…), inni chwalą oczywiście ciężko pracującego Teveza, który w odróżnieniu do Drogby nie czekał na podania, tylko w swoim stylu schodził do środka pola i uczestniczył w rozgrywaniu akcji. Pomysł MC na wygrywanie, a w każdym razie nieprzegrywanie z najlepszymi, przetestowany już w pierwszej kolejce na White Hart Lane, nie jest nowy, a w dodatku pochodzi z ojczyzny Manciniego: catenaccio…
Nie mówię, że potrafię wytłumaczyć to, co się stało na Emirates, bo nie potrafię. Nawet menedżer Arsenalu tym razem nie szukał wymówek, ostro krytykując całą drużynę od bramkarza po napastników. Tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, był fakt, że aby rozbroić Kanonierów, West Bromwich nie musiało się uciekać do środków pozasportowych (nie faulowało, jak np. Blackburn czy Stoke): wystarczyło więcej biegać, rozpoczynać krycie jeszcze na połowie gospodarzy, asekurować się nawzajem, no i pozwalać sobie na dekoncentrację – tak jak pozwalali sobie na nią, popełniający kaskady błędów przy poszczególnych golach, zawodnicy Arsenalu. Nie chcę już się znęcać nad strategią transferową, polegającą na niekupowaniu bramkarza, powiem jednak, że opublikowane w tych dniach znakomite wyniki finansowe Kanonierów, czynią niesprowadzenie na Emirates jakiegoś piłkołapa (copyright Rafał Stec) jeszcze bardziej niezrozumiałym.
Kiedy mówimy o wynikach finansowych, myślimy przede wszystkim o Liverpoolu, który kończy właśnie jeden z gorszych tygodni w swojej najnowszej historii: od porażki z MU, przez katastrofalny wynik w Pucharze Ligi, po remis z Sunderlandem i wielotysięczny protest kibiców przeciwko amerykańskim właścicielom, a także pogłoski w prasie, że będący największym wierzycielem klubu bank nie zawaha się przed żądaniem ogłoszenia jego upadłości. Co do samego meczu powiem od razu, że w kwestii słuszności uznania bramki Liverpoolu nie miałem najmniejszych wątpliwości, tak jak nie miałbym wątpliwości, gdyby zawodnik, który miał poczucie, że został sfaulowany, złapał piłkę w ręce i został za to ukarany przez sędziego. Zdrowy rozsądek zdrowym rozsądkiem, ale na boisku trzeba się wystrzegać dwuznaczności i nie decydować nigdy za arbitra. Kłopot w tym, że ta bramka nie wystarczyła…
W sumie przeżyliśmy weekend cudów. Robert Green znakomicie spisywał się w bramce West Hamu, a Mark Schwarzer – między słupkami Fulham (czy widziałeś, Arsene?). Bramka Emila Heskeya dała zwycięstwo Aston Villi w trenerskim debiucie Gerarda Houllier. Blackpool straciło gola w czwartej minucie doliczonego czasie gry, ze spalonego i po wcześniejszym faulu. Newcastle, mimo prowadzenia, nie zdołało wygrać ze Stoke. Manchester United nie zdołał wygrać z Boltonem, ale dwukrotnie odrobił straty – raz dzięki Owenowi. Nade wszystko: po raz pierwszy od grudnia 2008 żadna z drużyn tradycyjnej Wielkiej Czwórki nie zdobyła w ligowej kolejce kompletu punktów. Coś mi mówi, że to dopiero początek.
Skomentuj ~Bartnexo Anuluj pisanie odpowiedzi