Najbardziej szowinistyczne zdanie, jakie kiedykolwiek przeczytałem w angielskiej prasie, dotyczyło polskiej drużyny, mniejsza o to której: „Ze wszystkich umiejętności piłkarskich Polacy zaimponowali jedynie umiejętnością smarkania na murawę”. Jest dla mnie jasne, że po meczu Tottenhamu z Wisłą na Wyspach długo nikt nie uderzy w podobne tony.
Owszem, wygrała drużyna lepsza, ale nie znaczy to: grająca lepiej. Jak na standardy obu zespołów, jak na ich ambicje i budżety, to Wisła grała dobrze, a Tottenham słabo. Londyńczycy muszą się martwić nie tylko rewanżem w Krakowie, ale i tym, że w takiej formie mogą tylko marzyć o pokonaniu Wigan w niedzielę. Na grę ich napastników wybrzydzamy od tygodni, ale dziś zawodzili również obrońcy (Wisła mogła spokojnie strzelić ze trzy bramki), a także druga linia. Zwłaszcza David Bentley, wreszcie ustawiony na prawej pomocy: o zdobywcy pierwszego gola dla Tottenhamu mówi się, że jest najlepiej dośrodkującym piłkarzem angielskim, wręcz następcą Beckhama, a dziś nie dość, że dośrodkowywał fatalnie, to miewał kłopoty z przyjęciem piłki.
Tottenhamowi zdarzały się wprawdzie przebłyski – piękna akcja zakończona nieuznanym golem Benta to najlepszy z nielicznych przykładów – ale zbyt często patrzyliśmy na długą piłkę spadającą gdzieś przed polem karnym Wisły. Ci z nas, którzy od dawna oglądają transmisje z White Hart Lane, musieli przecierać oczy ze zdumienia. Oprócz Bentleya nieprzyjemnie zaskoczył Ledley King, którego gapiostwo pozwoliło Niedzielanowi na znalezienie się przed bramką gospodarzy (sytuację uratował wślizgiem Woodgate, który jednak zagapił się przy akcji Boguskiego w pierwszej połowie). Rozczarował niedokładny i niepewny siebie Giovani dos Santos. Nie błyszczał Jenas. Właściwie pochwalić można jedynie debiutującego Fraziera Campbella, który po wejściu na boisko walczył o każdą piłkę i zaliczył asystę przy bramce Benta. W sumie wyglądało to tak, jak i moje oglądanie: internetowa telewizja Tottenhamu rwała połączenie, jak rwały się akcje jej piłkarzy.
Wisły nie oglądam zbyt często, więc przyznam, że nie do końca wiedziałem, czego się po niej spodziewać. Zobaczyłem drużynę dobrze zorganizowaną, umiejętnie grającą pressingiem i świetnie przygotowaną kondycyjnie (wytrzymali do 90. minuty, zupełnie jakby nie byli z Polski…). Zobaczyłem walkę twardą, ale fair. Zobaczyłem Brożka, który w roli wysuniętego napastnika potrafił przyjąć piłkę, zastawić się i dograć do partnera lepiej niż Bent. Zobaczyłem Baszczyńskiego i Sobolewskiego. Zobaczyłem bardzo ładną akcję, która przyniosła gola, a później kilka groźnych kontr. Pytanie, kto komu utrze nosa za dwa tygodnie, pozostaje otwarte…
Aha, jeszcze polscy kibice. Dodałbym parę zdań do tego, co napisał Robert Błaszczak, ale nie chcę dzielić losu Bohdana Pękackiego – rzućcie okiem na komentarze pod jego wpisem, będziecie wiedzieli, o co chodzi. Szczęśliwie Anglicy tych wszystkich śpiewów nie rozumieli.
Dodaj komentarz