W gruncie rzeczy cieszę się bardzo, że do ostatnich chwil przed meczem Interu z Tottenhamem pochłaniała mnie sprawa Rooneya. Trochę się nawet dziwiłem samemu sobie: drużyna, której od ponad 20 lat kibicuję, z którą przeżywałem upadki i wzloty (przeważnie jednak upadki), debiutująca w Lidze Mistrzów po najbardziej niezwykłym sezonie w ciągu tego z górą dwudziestolecia, gra z obrońcą trofeum na jednym z najwspanialszych stadionów Europy, a ja nie dość, że nie bloguję na żywo, to niemal do ostatniej chwili nie umiem się w to wszystko wkręcić. Przeczuwałem lanie, które miało nastąpić już za moment? Redaktor Mucharski świadkiem, że o tym przebąkiwałem, choć jeśli miałbym być do końca szczery, to raczej z wrodzonej ostrożności niż z rzeczywistych obaw. Spodziewałem się, oczywiście, że para stoperów Gallas-Bassong nie poradzi sobie z będącym w wybornej formie Samuelem Eto’o, i wiedziałem, że wśród pomocników Tottenhamu nie ma takich, którzy będą potrafili skutecznie wyłączyć z gry Sneijdera, ale mimo wszystko sądziłem, że wyższość obrońcy trofeum zostanie udowodniona w sposób mniej bezapelacyjny, a zwłaszcza że nie stanie się to w ciągu pierwszego kwadransa.
No właśnie: niech nikogo nie zmyli końcowy wynik. Tottenham został dzisiaj rozłożony na czynniki pierwsze, a to że na papierze ostatecznie widzimy minimalną porażkę, wynika wyłącznie z faktu, że od 14. minuty mieliśmy do czynienia z wydarzeniem całkowicie pozapiłkarskim. Jako kibic piłkarzy z Londynu cieszę się oczywiście, że wrócą do kraju z podniesionym czołem, a może nawet z poczuciem, że Interowi można strzelić bramkę, więc za dwa tygodnie, bez frajerstwa w pierwszej minucie i w jedenastu, będą się mogli całkiem zrewanżować. Cieszę się też, że w drugim meczu tej grupy Twente i Werder podzieliły się punktami, a w związku z tym sytuacja przed rundą rewanżową jest niezła – o ile po zapewnieniu sobie awansu remisem lub wygraną na White Hart Lane Inter nie wystawi w dwóch ostatnich meczach rezerwowego składu i Holendrzy lub Niemcy nie zyskają punktów tam, gdzie nie mogliby o nich nawet marzyć. Podziwiam klasę Garetha Bale’a, przy kolejnych bramkach odjeżdżającego Maiconowi, Zanettiemu czy Cordobie, ale zastanawiam się, jakie jest prawdopodobieństwo, by po takim występie młody Walijczyk występował w koszulce Tottenhamu za rok. Może to dlatego, że wciąż mam w głowie dzisiejsze oświadczenie Rooneya, a może dlatego, że widziałem pomeczowy wywiad z Balem (trudno sobie wyobrazić drugiego równie rozczarowanego zdobywcę hat-tricka w Lidze Mistrzów)?
Powtarzam jednak: gdyby nie pierwszy kwadrans, nic podobnego by się nie zdarzyło. 70. sekunda: nie ostatni raz w tym meczu zbyt duży odstęp między pomocnikami a obrońcami, złe ustawienie Huttona i Gallasa i pytanie, czy Gomes powinien był ruszać się z linii. 8. minuta: fenomenalne podanie Sneijdera (dlaczego nikogo przy nim nie było?!) za plecy Assou-Ekotto do wychodzącego sam na sam Biabiany’ego, faul bramkarza i słabiutkie wątpliwości, czy oprócz karnego powinna być jeszcze czerwona kartka. 14. minuta: szybka wymiana podań Interu (było ich w sumie 35!), niezdecydowanie środkowych obrońców Tottenhamu i nierozgrzany Cudicini złapany na wykroku. A potem sesja treningowa Włochów, polegająca na jak najdłuższym utrzymywaniu się przy piłce – z jednym rajdem Lennona w odpowiedzi i dobrym dośrodkowaniem na głowę Croucha (uderzył ponad bramką). Wreszcie 35. minuta: Coutinho do Eto’o, płonne nadzieje na spalonego (zagapił się Bassong) i 4:0. Spokojnie mogło być więcej.
Nie szukam usprawiedliwień. Nie mówię, że gdyby na środku obrony grali King, Dawson czy Woodgate, a nawet Kaboul (dopiero co wrócił do treningów po kontuzji, podobnie zresztą jak Gallas), ten mecz potoczyłby się inaczej. Boli mnie poczucie, że – tak samo jak w Bernie w eliminacjach – oni nie wiedzieli, co ich czeka. Że nie wiedzieli, jak poradzić sobie z zespołem grającym 4-2-3-1 i dyrygowanym przez tak wybitnego rozgrywającego jak Sneijder. Że pod względem analizy gry przeciwnika – zwłaszcza w przypadku przeciwnika spoza Anglii – sztab szkoleniowy Londyńczyków znów zawiódł na całej linii. Na szczęście Inter wyszedł na drugą połowę zrelaksowany i zdekoncentrowany, a Tottenham… no cóż, Tottenham to dziwna drużyna. Napisałem wcześniej o 35 podaniach przed golem Stankovicia – przed strzałem Huttona w drugiej połowie goście wymienili ich aż 43 (Opta wylicza, że to rekord, jeśli idzie o akcję zakończoną uderzeniem na bramkę w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów). I jeszcze ten hat-trick Bale’a. I jeszcze ci kibice, których niestrudzony doping było słychać na San Siro nawet przy stanie 4:0… Doprawdy, Ligi Mistrzów nie wygramy, podobnie jak nie zdobędziemy mistrzostwa Anglii, ale jedno mogę Wam obiecać: nigdy nie będziecie się z nami nudzić.
PS. Redaktorowi Mucharskiemu jestem osobiście wdzięczny za wszystkie esemesy, których nie wysłał do mnie tego wieczora.
PS 2. Jestem otwarty na dalszą dyskusję na temat Rooneya. Do tego, co powiedzieliśmy już o jego oświadczeniu, dodałbym jeszcze, że zostało ogłoszone w fatalnym momencie: nie odwraca się uwagi kibiców swojej drużyny na dwie godziny przed ważnym meczem. Pytanie, czy 20 minut występu przeciwko West Bromwich nie było przypadkiem ostatnimi minutami Anglika w koszulce MU, wydaje mi się uzasadnione.
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi