Będzie znowu trochę prywatnie, ale wybaczcie: piszę bloga dopiero od dwóch lat i tak się złożyło, że w ciągu tych dwóch lat (jak zresztą niemal przez całe moje kibicowskie życie…) Ukochana Ma Drużyna w tym momencie sezonu grała już raczej o pietruszkę. Jest 28 kwietnia, do końca rozgrywek w zasadzie dwie kolejki (Tottenham i Manchester City mają trzy mecze do rozegrania), a tu proszę: „moi” wciąż na czwartym miejscu.
Najchętniej pisałbym o tym codziennie – na szczęście pula obowiązków ze świata realnego skutecznie mi to uniemożliwia. Pisałbym o tym codziennie, bo mam poczucie, że szansa jest duża i że „teraz albo nigdy”. Ten dziwny sezon jest przecież sezonem niespotykanego w ostatnich latach kryzysu Liverpoolu, a dla Manchesteru City okazał się sezonem przejściowym: pieniądze zostały wydane, piłkarze sprowadzeni, ale po pierwsze, wciąż nie na wszystkie pozycje (oj, przydałby się klasowy rozgrywający…), a po drugie – chyba wciąż jeszcze nie powstała z nich drużyna. Trudno zakładać, ze za rok Liverpool również będzie dołował albo że szejkowie nie wydadzą kolejnych milionów – tym razem nie po to, żeby bić się o Ligę Mistrzów, ale po prostu o mistrzostwo. Trudno też się spodziewać, żeby jakiś grubszy kryzys przytrafił się zespołom obecnej pierwszej trójki: na wakacje zakupy zapowiadają i Chelsea, i MU, i Arsenal. Równie dobry moment na zajęcie czwartego miejsca i awans do Ligi Mistrzów może się więc już nie zdarzyć.
Pytanie, czy to realne? Najpierw spójrzmy na terminarz. Tottenham gra u siebie z bezpiecznym już Boltonem, a na wyjeździe z Manchesterem City i zdegradowanym już Burnley. Siedem punktów jest możliwe, ale i pięć może wystarczyć; najważniejsze nie przegrać na City of Manchester Stadium. Manchester City gra u siebie z Aston Villą i Tottenhamem oraz na wyjeździe z uratowanym przed spadkiem West Hamem. Siedem punktów może nie wystarczyć, jeśli tyle samo zdobędzie Tottenham. Aston Villa gra tylko na wyjeździe z MC i u siebie z Blackburn – konieczne do przeskoczenia Tottenhamu sześć punktów wydaje się mało prawdopodobne. Mówiąc o Liverpoolu, tracącym w tej chwili do londyńczyków dwa punkty, mówimy już raczej o szansach teoretycznych: grają u siebie z Chelsea i na wyjeździe ze zdegradowanym Hull. Rafa Benitez, który jeszcze niedawno „gwarantował” Ligę Mistrzów na Anfield Road, nie dotrzyma słowa.
Zarówno aktualna forma, jak i sytuacja kadrowa wydają się faworyzować Tottenham: z ostatnich dziewięciu meczów piłkarze Redknappa wygrali siedem, w tym z Arsenalem i Chelsea, do zdrowia wrócili Ledley King i Aaron Lennon (choć tego pierwszego, zdolnego do rozegrania tylko jednego meczu w tygodniu, lepiej zostawić wyłącznie na pojedynek z MC). Problemem jest postawa w spotkaniach wyjazdowych (aż dwa z trzech), ale zdegradowane już Burnley – choć będzie chciało godnie pożegnać się z ekstraklasą – po odejściu charyzmatycznego Owena Coyle’a nie jest już tak twardym orzechem do zgryzienia. Z Manchesterem City zaś ostatnio grało się Tottenhamowi nie najgorzej.
Piłkarze Manciniego, i sam Mancini, będą zresztą pod o wiele większą presją. W formie są dobrej, choć akurat spotkania z najgroźniejszymi rywalami (MU, Arsenal, Everton) tę ocenę osłabiają – a tu trzeba grać z równie niewygodnymi i zmobilizowanymi AV i Tottenhamem. Kluczowe pytanie o sytuację kadrową dotyczy bramkarza – fenomenalny Shay Given nie zagra do końca sezonu, Gunnar Nielsen jest niesprawdzony, więc w trybie nagłym i za zgodą władz Premier League udało się wypożyczyć z Sunderlandu Martona Fulopa. Pamiętam Węgra z Tottenhamu: bramkarzem jest przyzwoitym (powiedzieć „przeciętnym” byłoby jednak zbyt mocne), ale siebie nie przeskoczy. Z szatni MC dobiegają pomruki niezadowolenia, że menedżer każe zbyt ciężko trenować, ale nie sądzę, żeby to niezadowolenie mogło mieć wpływ na postawę zespołu podczas kluczowych meczów. Wszystkie oczy na Teveza…
Obawiam się, że po sobotnio-niedzielnych meczach – przypomnijmy: Tottenham-Bolton, MC-AV i Liverpool-Chelsea – raczej niewiele się wyjaśni, i że przez najbliższych kilkanaście dni podobnie autoterapeutycznych wpisów pojawi się na tym blogu jeszcze kilka. Co mnie zastanawia: jeśli czytać angielskie gazety między słowami, to sympatia dla drużyny z White Hart Lane stała się nagle powszechna (obawiam się jednak, że nie o sprawy czysto piłkarskie w tym chodzi, ale o prosty nacjonalizm: klub nie funkcjonuje za pieniądze szejków, jego trener jest stąd, podobnie jak stąd są kluczowi zawodnicy: Crouch, Dawson, Defoe, Huddlestone, King czy Lennon). Nawet krytyczny zazwyczaj Alan Hansen uważa, że to Tottenham jest najlepiej przygotowany do zajęcia czwartego miejsca: że ma lepszych piłkarzy, lepszą drużynę i lepsze rezerwy niż najgroźniejszy rywal. No nie wiem… Mecz z Manchesterem United pokazał, że ci dobrzy piłkarze – w pierwszym składzie i na zaiste potwornie silnej ławce rezerwowych – mogą zostać źle ustawieni albo mogą nie wytrzymać presji. O tym, że mogą się zatruć lazanią (pamiętacie mecz z West Hamem przed czterema laty?), że sędzia może nie zauważyć prawidłowo strzelonego gola (pamiętacie mecz z MU sprzed pięciu lat) albo podyktuje karnego za faul, którego nie było (pamiętacie ubiegłoroczny mecz z MU?), a w końcu że zagapią się przy rozpoczynaniu gry od środka (pamiętacie gola Fabregasa w tegorocznych derbach?) już nie chce mi się nawet mówić. Cholera, mecz z MC dopiero za tydzień, a ja rozegrałem go w myślach już kilkanaście razy.
Dodaj komentarz