Świetnie, wspaniale, cudownie, nadzwyczajnie… Darujcie lekko euforyczny początek, ale zanim zabrałem się do pisania, obliczyłem, że przede mną czterdzieści tygodni z angielskim futbolem – czterdzieści tygodni, podczas których zamierzam obejrzeć jakieś ćwierć tysiąca spotkań. Dla piłkoholika są to informacje znakomite, tym bardziej, że niemal natychmiast po zakończeniu sezonu przyjdą mistrzostwa Europy, a zaraz po tychże drużyny klubowe zaczną przygotowania do kolejnych rozgrywek… Sceptyk we mnie mówi, że wyjdzie mi to bokiem, ale dziś nie dopuszczam go do głosu. Jest sierpniowa niedziela, Wembley, Manchester United spotyka się z Manchesterem City, czyli mistrz z kandydatem na mistrza (albo, jak kto woli, „hałaśliwym sąsiadem”)… Serdecznie witamy.
A zresztą co tam: nie będę się z tej euforii tłumaczył, skoro od lat nie widzieliśmy tak dobrego spotkania o Tarczę Wspólnoty. Manchester United od pierwszej minuty był częściej przy piłce, chętniej i w sposób bardziej urozmaicony atakował, ale City bezlitośnie wykorzystało gapiostwo jego obrony (bramkarza przede wszystkim) i na przerwę schodziło z dwubramkowym prowadzeniem. Tyle że nie potrafiło tego prowadzenia utrzymać: odważne zmiany sir Alexa w przerwie (zdjął Carricka, Vidicia i Ferdinanda, wprowadzając Cleverleya, Evansa i Jonesa, a przede wszystkim: polecił Rooneyowi częściej wracać do drugiej linii i tam rozpoczynać akcje MU) odwróciły losy meczu, po raz nie wiem już który każąc dziennikarzom odświeżać stare kalki o diabelskim charakterze drużyny, która nigdy się nie poddaje, a zwyciężanie ma we krwi, niezależnie od tego, czy tworzą ją czterdziesto-, czy dwudziestolatkowie. Znacie? Czytaliście setki razy? Przeczytajcie jeszcze raz.
Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie. Drużyna Manciniego słynęła wszak – przy korzystnym wyniku – ze zdolności zamurowywania bramki i zabijania widowiska. Zwykle było przecież tak, że jeśli już ktoś zdołał się przedrzeć przez zasieki rozstawione w środku przez de Jonga, Barry’ego czy Yaya Toure, to wpadał na Lescotta i Kompany’ego, w końcu zaś musiał jeszcze przechytrzyć Harta – kombinacja prawie niemożliwa, a tu proszę… Pięć minut i dwa gole, z których drugi, po rozegraniu z pierwszej piłki w trójkącie Nani-Rooney-Cleverley i wykończeniu rozpoczynającego całą akcję Portugalczyka, już dziś możemy umieścić w antologii najpiękniejszych bramek sezonu 2011/12. Wyglądało to jak Arsenal z najlepszych czasów.
To był kompletnie inny Manchester niż ten, który pamiętamy z ostatniego występu na Wembley – finału Ligi Mistrzów z Barceloną. Odmłodzony (w drugiej połowie, po zejściu Evry i do wejścia Berbatowa, najstarszym zawodnikiem mistrza Anglii był Ashley Young), z nowymi piłkarzami lub (przypadek Smallinga) piłkarzami ustawionymi w nowych miejscach, z imponującą po przerwie wymiennością pozycji całego kwartetu ofensywnego. Właściwie patrząc na to, jak i gdzie biegali dwaj formalni napastnicy MU, można było odnieść wrażenie, iż zespół ten gra… bez napastników i stoperzy MC nie mają pojęcia, kogo kryć.
Zwłaszcza, że w drugiej połowie oprócz wspomnianego kwartetu był jeszcze Cleverley. Obserwując go pomyślałem nie tylko o tym, że nagle Michaelowi Carrickowi przybył bardzo poważny rywal do miejsca w składzie, ale także o dobrodziejstwach systemu wypożyczeń: i Cleverley, i Welbeck wrócili do MU jako lepsi piłkarze, podobnie np. jak Sturridge do Chelsea, Kyle Walker do Tottenhamu, a wcześniej Wilshere do Arsenalu.
Z tego, jak de Gea przepuścił uderzenie Dżeko nie wyciągałbym zbyt daleko idących wniosków (choć zapoznałem się już ze statystykami mówiącymi o najgorzej broniącym strzały z dystansu bramkarzu hiszpańskiej ekstraklasy), podobnie jak z kiksu Kompany’ego, którego z pełnym przekonaniem wpisałem do jedenastki ubiegłego sezonu, tu zresztą co najmniej współwinny był Clichy. Już bardziej zastanowiła mnie postawa defensywy United przy pierwszym golu gości: wysoko ustawiona linia obrony pozwalała zarówno spróbować pułapki ofsajdowej, jak umożliwić młodemu bramkarzowi wyjście do ewentualnego dośrodkowania – de Gea tymczasem zrobił dwa kroki do przodu, później krok w tył i nie było go ani na linii, ani wśród walczących o piłkę. Przy jednym z kolejnych stałych fragmentów wyszedł już bezbłędnie, a przy następnym – kiedy główkujący piłkarz MC faulował – zdołał obronić zaskakujące uderzenie, ale cień wątpliwości pozostaje: Anglia, z jej sędziowaniem, przyzwalającym na ostrzejsze niż na kontynencie wejścia w bramkarza, z pewnością nie jest łatwym terenem dla przybysza, zwłaszcza 20-letniego.
Roberto Mancini ma świadomość, iż po awansie do Ligi Mistrzów mistrzostwo będzie kolejnym postawionym przed nim celem – ale na mówienie o mistrzowskich szansach obu drużyn jest za wcześnie. Po pierwsze, za nami tylko jeden mecz i to, mimo uroczystej oprawy, na poły towarzyski (patrz: liczba dopuszczalnych zmian). Po drugie, zakupy jeszcze nieskończone, a z tych piłkarzy, których oba zespoły sprowadziły, nie zobaczyliśmy Aguero. W tym punkcie rzucam więc tylko jedną kwestię: jeśli MC serio ma myśleć o mistrzostwie, to po zakończeniu etapu budowania drużyny „od tyłu”: dbałości o obronę, a zwłaszcza o zablokowanie rywalom drogi przez środek boiska, nadszedł czas na dyktowanie warunków w meczach z największymi. Czy wyobrażamy sobie Manchester City częściej niż Arsenal, Chelsea czy Manchester United utrzymujący się przy piłce, a nie tylko przeszkadzający im w grze? Wierzymy w Davida Silvę, ale dzisiejszy mecz nie zbliżył nas do odpowiedzi pozytywnej.
I jeszcze jedno: radość sir Alexa Fergusona przy drugim i trzecim golu… Wygląda na to, że temu facetowi nigdy się nie sprzykrzy. Operacja „przebudowa” (która to już w historii jego pracy na Old Trafford?) rozpoczęta.
Skomentuj ~Zico Anuluj pisanie odpowiedzi