Uwielbiam, co ja mówię, kocham mylić się w ten sposób. Niech będzie, że się na tym kompletnie nie znam. Może rzeczywiście się nie znam? Może ponad 20 lat kibicowania Tottenhamowi uczyniło ze mnie jamnika, który wciąż nie potrafi wyjść spod szafy? A czy nie jest przypadkiem tak, że już pół roku temu, po wyjazdowym zwycięstwie nad Manchesterem City, dającym Tottenhamowi prawo do gry w Lidze Mistrzów tłumaczyłem samemu sobie, że tamten czas – czas marudzenia na moją drużynę, że nawet będąc na najlepszej drodze zawsze musi coś spieprzyć, definitywnie się skończył? Że najwyższa pora wreszcie w nich uwierzyć?
Dobra, dość tych wzdychów. Najwyższa pora przede wszystkim na poważne potraktowanie Harry’ego Redknappa. Naśmiewanie się z niego należy wśród części angielskich wyjadaczy do dobrego tonu (druga część jest z nim zwyczajnie zaprzyjaźniona): że żaden z niego strateg, że w taktyce jest kiepski – czego dowody złożył poniekąd przed pierwszym meczem z Young Boys Berno, a potem przed dwoma tygodniami w Mediolanie… Że owszem, piłkarze go lubią, że nie nudzą się z nim podczas treningów, że potrafi z nimi rozmawiać, ale jak przychodzi do odprawy, to mówi po prostu: „siądziemy na nich od pierwszej minuty i zobaczymy, co się wydarzy”. Najwyższa pora na potraktowanie Redknappa serio, bo nawet jeśli przyznać, że Inter miał słabszy dzień i że brakowało mu kilku podstawowych piłkarzy (a nam to niby nie brakowało?!), to przecież takie porażki temu zespołowi i temu trenerowi nie zdarzały się dotąd nadmiernie często. Menedżer Tottenhamu zapowiadał szturm, wierzył w jego powodzenie, nie kombinował np. z wystawieniem od pierwszej minuty bardziej defensywnie usposobionego Palaciosa (nie zrobił tego także od 45. minuty, kiedy musiał zdjąć kontuzjowanego van der Vaarta; wykazał się też pomyślunkiem, cofając wprowadzonego w miejsce Holendra Jenasa i dając Modriciowi więcej swobody z przodu). „Najlepszą obroną jest atak”, powtarzał przed meczem. Jakże piłka nożna potrafi być czasem prosta…
Tym, co w drużynie Tottenhamu imponowało mi najbardziej, była… drużyna właśnie. Pal licho błyski geniuszu Walijczyka, Chorwata czy Holendra, dziś na White Hart Lane oglądaliśmy zespół, w zasadzie bez słabych punktów i w zasadzie bez indywidualnych błędów. Za dużo miejsca miał na San Siro Sneijder między obrońcami a pomocnikami Tottenhamu? Na White Hart Lane nie miał go wcale. Skrzydłowi gubili kryjących ich bocznych obrońców? Nie tym razem, a jeśli nawet raz czy drugi udało się przedrzeć Biabianiemu, zatrzymywał go asekurujący Assou-Ekotto Kaboul. Przede wszystkim jednak: to Tottenham, nie Inter, dyktował warunki gry. To on narzucił szalone tempo, to on odbierał piłkę rywalowi, często jeszcze na jego połowie, to on potrafił przerzucić akcję z jednego skrzydła na drugie, a kiedy trzeba – zaatakować także środkiem, to on więcej biegał, to on mocniej się przepychał w pojedynkach jeden na jeden.
Oczy całego piłkarskiego świata zwrócone były na Garetha Bale’a i Walijczyk nie zawiódł. To jedna z moich pomyłek, bo przyznaję: nie mieściło mi się w głowie, że można powtórzyć wyczyn z Mediolanu – zwłaszcza że hat-tricka sprzed dwóch tygodni Bale ustrzelił w momencie, kiedy piłkarze Interu wyraźnie spuścili z tonu. W tym momencie najwyraźniej nikt nie jest w stanie go powstrzymać (no, może poza Rafaelem i Philem Nevillem…), nikt nie jest w stanie dotrzymać mu kroku, kiedy zaczyna przyspieszać. Paradoksalnie, Walijczyk przedostaje się pod bramkę rywali bardzo prostymi środkami, nie drybluje, nie błyszczy techniką, po prostu kopie piłkę prosto przed siebie i zaczyna biec: 50, 60, 70 metrów… Pytanie do Rafy Beniteza: dlaczego dziś tak rzadko Maicona asekurował któryś z defensywnych pomocników, podwajając krycie (że skrzydłowi Interu nie wracają do obrony, to Redknapp mówił jeszcze wczoraj na konferencji)? „Taxi dla Maicona” kibice Tottenhamu zamawiali już po godzinie gry, a najgorsze było jeszcze przed Brazylijczykiem. A może po prostu Javier Zanetti nie wytrzymuje 90 minut gry w tempie dość naturalnym dla Premier League, ale w Europie nieczęsto spotykanym?
O Bale’u będę musiał napisać osobno, podsumowując ten niewiarygodny rok, który zaczynał jako rezerwowy. Będę musiał wrócić do trwających zimą spekulacji, że zostanie wypożyczony gdzieś na północ, wspomnieć o kontuzji Assou-Ekotto, która umożliwiła mu w zasadzie powtórny debiut, a wkrótce – zakończenie feralnej statystyki, mówiącej, że Tottenham z nim w składzie nigdy nie wygrywa. Napomknąć o miejscu pochodzenia, o przywiązaniu do domu i rodziny (wspominałem rano, że kiedy Redknapp dał mu w ubiegłym tygodniu parę dni wolnego, doradzając wyprawę nad jakieś ciepłe morze, ten pojechał spędzić parę dni u mamy w Cardiff). Wszystko to trzeba będzie zrobić, i przyjdzie na to czas, kiedy w kolejce po skrzydłowego Tottenhamu ustawiać się będą Reale i Barcelony. Na razie można pochwalić jeszcze kilku jego kolegów, zwłaszcza niezmordowanego Modricia, który nie tylko wielokrotnie odbierał piłkę przeciwnikom, ale w pierwszej połowie popisał się fantastyczną akcją i bajecznym podaniem do van der Vaarta. Cud boski, że Holender nie spalił…
Pochwalić należy też Kaboula i Gallasa, twardych i zdecydowanych, a nade wszystko niepopełniających głupich błędów; sprzed pola karnego Tottenhamu Sneijder mógł wykonać tylko jeden rzut wolny. Cudiciniego, który w tych nielicznych przypadkach, kiedy miał coś do obronienia – robił to z dużym spokojem. Assou-Ekotto, który bez problemów radził sobie z Biabianym. Lennona, który zwłaszcza w ciągu pierwszych 45 minut szarpał po prawej stronie. Huddlestone’a, który – podobnie jak Modrić – niezbyt często zapędzał się do przodu, za to odbierał piłki, a następnie uruchamiał szybki atak swoim firmowym kilkudziesięciometrowym podaniem na skrzydło. Croucha, który zepsuł wprawdzie wyborną sytuację w pierwszej połowie (po jednym z pierwszych rajdów Bale’a strzelał, zamiast podawać do lepiej ustawionego van der Vaarta), ale zdobył kluczową drugą bramkę i wygrał niezliczoną ilość pojedynków z obrońcami, zgrywając piłkę kolegom. Van der Vaarta wreszcie, który w swoim dziesiątym występie w barwach Tottenhamu strzelił szóstego gola. Aż szkoda przerywać tę wyliczankę.
Tottenham Hotspur… Drużyna, z którą nie będziecie się nudzić. Drużyna, która myśli wyłącznie o grze ofensywnej, która gra szybki futbol, która kocha zagrania z pierwszej piłki i rajdy po skrzydłach. Drużyna, w której doskonale czują się tacy mistrzowie piłkarskiego fachu jak Hoddle czy Modrić, Gascoigne czy van der Vaart, Ginola czy Bale, Klinsmann czy Defoe. Przypomnijmy: ostatni raz takie emocje na White Hart Lane przeżywano 48 lat temu, kiedy w Pucharze Europy legendarna drużyna Billa Nicholsona walczyła jak równy z równym z Benficą z Eusebio w składzie. Wszystko wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec. Salman Rushdie swój fundamentalny esej o Tottenhamie pisał po marnym 1:0 w finale Pucharu Ligi z Leicester, w 1999 r. Najwyższy czas nie na pojedynczy esej, ale na całą książkę.
Skomentuj ~mewstg.blox.pl Anuluj pisanie odpowiedzi