Wszystkiego się spodziewałem, tylko nie tego. Przecież to Tottenham, do cholery. Symbol jazdy bez trzymanki, beztroskich błędów w obronie, a potem dopiero kawaleryjskich ataków. Drużyna prowadzona przez trenera, który w szatni ma, owszem, tablicę z namalowanym boiskiem, ale nigdy nic na niej nie przykleja ani nie rysuje. O tym, jaką filozofię futbolu prezentuje Harry Redknapp, napisano już setki słów, ale najlepiej streścił ją on sam, pytany przed kilkoma dniami o powrót do menedżerki Kenny’ego Dalglisha: „O ile wiem w tym sporcie wciąż chodzi o to, że gra się po jedenastu i kiedy ma się piłkę, to trzeba podać ją do kolegi, a kiedy się jej nie ma – trzeba ją odzyskać. Przecież tu nie ma żadnych magicznych sztuczek”. Dziś również magicznych sztuczek nie było, było za to mnóstwo ciężkiej pracy, imponująca koncentracja i znakomita organizacja gry. Jakby ten zespół przygotował nie Redknapp, zdecydowanie przez zbyt wielu nazywany „Harrym Houdinim”, ale, dajmy na to, Mourinho czy Benitez. Wiele mówiło się w minionych miesiącach o tym, że Tottenham przyniósł Lidze Mistrzów zaskakujący powiew świeżości: dziś również było zaskakująco, ale tym razem dzięki uporządkowaniu, nie dzięki improwizacji, dzięki zaangażowaniu całej drużyny w grę obronną, a nie w szalone ataki. Żeby o Tottenhamie mówiono jako o dającym lekcję gry na wyjeździe? Świat się kończy.
Od kogo zacząć? Od Gomesa, który przez cały mecz nie miał nic do roboty, ale który w kluczowych momentach doskonale interweniował? Od Czorluki, któremu Flamini o mało nie złamał nogi? Od trójki stoperów (Czorlukę zmienił Woodgate, dla którego był to pierwszy występ w meczu o stawkę od niemal półtora roku; Dawson i Gallas byli po prostu bezbłędni)? Od Assou-Ekotto, który moim zdaniem jest w tym sezonie najsolidniejszym lewym obrońcą na Wyspach?
Nie, wypada zacząć od Wilsona Palaciosa, który – nie śmiem powiedzieć, że od czasu znalezienia w Hondurasie ciała porwanego brata – stracił gdzieś formę z pierwszych kilkunastu miesięcy w Premier League, a po serii spotkań, w których straszył porażająco niecelnymi podaniami, stracił także miejsce w podstawowym składzie. Dziś był wzorem defensywnego pomocnika: asekurował ofensywnie usposobionych bocznych obrońców, kiedy tylko zapuszczali się pod bramkę Milanu, nie dawał Seedorfowi nawet dziesięciu centymetrów przestrzeni, kiedy Holender znajdował się przy piłce – tylko w pierwszej połowie miał pięć udanych odbiorów, zaraz po przerwie dwa kolejne, a potem przestałem liczyć.
Po Palaciosie należy pochwalić Sandro. Młody Brazylijczyk to największa niespodzianka w składzie i debiutant w Lidze Mistrzów. Po transferze z Internacionale Redknapp długo na niego nie stawiał, twierdząc, że musi upłynąć sporo czasu, zanim chłopak nauczy się angielskiej piłki. Później Sandro niby dostawał szanse, ale ciągle działo się jakoś tak, że w meczu, w którym wychodził od pierwszej minuty ktoś dostawał czerwoną kartkę albo Tottenham zaczął zbierać bęcki, i trzeba było na gwałt zmieniać ustawienie: Brazylijczyk schodził po dwudziestu paru minutach. Sobotni mecz z Sunderlandem był chyba pierwszym, który dograł do końca, a przecież wystąpił w nim tylko dlatego, że Modrić leczył się po operacji wyrostka. Miarą bycia piątym kołem u wozu jest scena sprzed wyjazdu na mecz z Young Boys, w rundzie kwalifikacyjnej Champions League, kiedy chłopaka odesłano z lotniska do domu, bo nikt w klubie mu nie powiedział, że nie został zgłoszony do pierwszej fazy rozgrywek. Dziś on także był znakomity, inteligentnie pilnując porządku w środku pola i świetnie odnajdując się w defensywie – to jego odbiór i podanie do Modricia, który następnie przedłużył piłkę w kierunku Lennona, pozwoliło zainicjować tę najważniejszą akcję z 80. minuty.
Wymieniajmy więc dalej: Lennona i Pienaara, którzy nie tylko, zwłaszcza w pierwszej połowie, szarpali skrzydłami, ale przede wszystkim przykładnie wracali pod własną bramkę po każdej stracie. Tym, jak myślę, można tłumaczyć decyzję o wystawieniu na lewej pomocy Pienaara właśnie, a nie wygrywającego ostatnio dla Tottenhamu mecze Krajnczara – Chorwat jednak zdecydowanie mniej myśli o grze obronnej. Wspomnijmy van der Vaarta, który nieustannie pokazywał się do gry, zaskakująco strzelał, a kilkoma niebanalnymi zagraniami udowodnił, że nawet w meczu walki może być miejsce na piękno.
I osobny fragment poświęćmy Crouchowi, który znów wyszedł na boisko dzięki zastrzykom przeciwbólowym (Redknapp mówi, że plecy Anglika są w dużo gorszym stanie niż plecy Bale’a, który – jak wiemy – nawet do Mediolanu nie pojechał), przez 90 minut wygrywał główkę za główką, a kiedy przyszedł Ten Jeden Moment uderzył precyzyjnie po ziemi, jakby był grzejącym dziś ławę Jermainem Defoe w pełni formy. Śmieją się z Croucha w całej Europie, prasa wciąż widzi go na liście transferowej , Redknapp tymczasem trzyma go w swoich kolejnych klubach i ma powody do zadowolenia. Przypomnijmy zresztą, że to Crouch, kwietniowym golem w meczu na City of Manchester Stadium, dał Kogutom przepustkę do futbolowego raju.
Wróćmy jednak na San Siro, gdzie pierwsza połowa wyglądała tak, jakby to Tottenham grał u siebie. W drugiej, po wejściu Pato za Seedorfa, Milan odzyskał inicjatywę, ale tak naprawdę był w stanie zagrozić Londyńczykom jedynie po kilku rzutach rożnych. Zbyt wolno się to toczyło, w zbyt wielu miejscach boiska zderzało się z pressingiem gości, zbyt często Ibrahimović dawał się łapać na spalonym. Uparcie powtarzana przed meczem klisza, że Milan jest stary, żeby poradzić sobie z młodym (czytaj: szybkim) Tottenhamem, okazała się prawdziwa. Goście skontrowali raz, Yepes nie dał rady w porę sfaulować Lennona, i wystarczyło.
Oczywiście mecz nie był klasykiem (pocieszmy się, że prawdziwe granie czeka nas jutro…) i obawiam się, że oprócz wyniku, który dla przyszłości Tottenhamu może mieć ogromne znaczenie, będzie pamiętany głównie dzięki incydentom zdecydowanie nieprzyjemnym: kontuzji Abbiattiego, faulu Flaminiego, za który Francuz bez dwóch zdań powinien wylecieć z boiska, i wszystkich szaleństw Gennaro Gattuso, który nie wiedzieć czemu upodobał sobie starcia z drugim trenerem Tottenhamu Joe Jordanem – słynnym twardzielem, a przed laty byłym napastnikiem Milanu (Włoch próbował uderzyć Szkota głową w twarz; Jordan ani drgnął…). A przecież nie ja jeden spodziewałem się wszystkiego, tylko nie tego. I zgoda: to dopiero pierwszy mecz, jest rewanż, a nawet jeśli i on zakończy się pomyślnie, przyjdą trudniejsi rywale, poza tym istnieje obawa, że zaangażowanie w Ligę Mistrzów może odbić się negatywnie na postawie w Premier League i mimo tych wszystkich niezapomnianych przeżyć sezon będziemy kończyć rozczarowani, ale dziś jest moment, w którym można pozwolić sobie na luksus niemyślenia o tym. Co tam stadion olimpijski, „Spurs are on their way to Wembley”…
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi