Żeby nie było tak miło, bo Wasze ostatnie komentarze wprost ociekały komplementami, zajrzałem do swojego „Przewodnika po Premiership”, pisanego przed rozpoczęciem sezonu, i przeczytałem wszystkie te nietrafne przepowiednie, z których najsilniej biją po oczach zapowiedzi degradacji Birmingham i utrzymania się Portsmouth, a także walki Liverpoolu o mistrzostwo Anglii. To prawda: nie ja jeden się pomyliłem, a i skończony właśnie sezon dostarczył nieoczekiwanych zwrotów akcji więcej niż którykolwiek z poprzednich – w sam raz żeby przykryć nimi obiektywną prawdę, że był to zarazem sezon słabszy niż poprzednie. Ale zanim zacznę podsumowywać to, co za nami, wolę jeszcze raz podsunąć Wam przed oczy tamto pisanie.
Bo zgodzimy się chyba co do tego, że lepiej pisać już o całości niż o dzisiejszej kolejce, która okazała się równie przewidywalna, jak nieprzewidywalny był sezon. Peregrynacja ligowego trofeum, przewiezionego wczoraj z Old Trafford na Stamford Bridge (na stadionie MU, gdzie piłkarze Fergusona podejmowali dziś Stoke, została na wszelki wypadek replika), pieczętowała fakt, że wszystkie rozstrzygnięcia zapadły tak naprawdę wcześniej i zarówno Manchester United, jak i Tottenham, potrzebowały cudu, żeby przeskoczyć w tabeli Chelsea i Arsenal.

Fot. Reuters/Onet.pl
A skoro o całości, to zacząć wypada od pochwał dla jakże zasłużonego mistrza. Najwięcej strzelonych bramek, najkorzystniejszy stosunek bramek, tytuł najlepszego strzelca dla Drobgy – wszystko to daje jakiś obraz, ale swoją wyższość piłkarze Ancelottiego udowodnili przede wszystkim pokonując najgroźniejszych rywali w bezpośrednich pojedynkach (MU i Arsenal także na wyjazdach), niekiedy – patrz mecz z Arsenalem na Emirates – dokonując istnej rzezi niewiniątek. Nie sprawdziły się obawy o formę starszych zawodników (zresztą często błyszczeli młodsi, jak jeden z najlepszych piłkarzy ostatnich miesięcy, Malouda) czy o osłabienia związane z Pucharem Narodów Afryki; paradoksalnie kryzys przyszedł później i wiązał się ze skandalem obyczajowym dotyczącym Johna Terry’ego, został jednak w porę powstrzymany. Przez cały sezon zachwycał lub przerażał – zależnie, z której strony spojrzeć – Didier Drogba, ale w jego cieniu kolejny niewiarygodny wyczyn strzelecki odnotował Frank Lampard (22 gole zdobyte przez pomocnika!). Chwała Carlo Ancelottiemu także za odejście od ustawienia „w diament”, które akurat Lampardowi chyba nie do końca odpowiadało.
Alex Ferguson mówił ostatnio, że szans na tytuł pozbawił go jeden kiepski tydzień, kiedy indziej narzekał na remis na Ewood Park. Ale przecież na boisku Blackburn punkty zostawiały także Chelsea i Arsenal… Dziś myślę raczej, że utrzymująca się przez niemal cały rok życiowa forma Wayne’a Rooneya zafałszowała rzeczywisty obraz sytuacji byłego mistrza Anglii: wiele inwestycji potrzeba, żeby ta drużyna wróciła do stanu, kiedy występowali w niej Ronaldo i Tevez, Rio Ferdinand i Nemandja Vidić nie narzekali na zdrowie, a Michael Carrick czy Dymitar Berbatow byli w formie choćby porównywalnej z ich występami w Tottenhamie.
Niezwykłość tego sezonu dobrze ilustrują przypadki Arsenalu. Niemiłosiernie ogrywani przez Chelsea i MU, piłkarze Arsene’a Wengera odbijali to sobie w starciach ze słabszymi rywalami, jak zwykle grając najpiękniejszy futbol w lidze. Ostatecznie przegrali przez kiepskich bramkarzy i kontuzję Robina van Persiego, co unaoczniły dwa rozstrzygające mecze sprzed kilkunastu dni: z Tottenhamem, gdzie Holender pojawił się na boisku zbyt późno, i z Wigan, gdzie nie pierwszy i nie ostatni raz wypuścił piłkę z rąk Łukasz Fabiański. Dzięki Kanonierom przeżyliśmy przecież także kilka niezwykłych niespodzianek, choćby powrót do Premier League Campella i debiut w niej Vermaelena, i chwil dramatycznych – przede wszystkim tej związanej z kontuzją Ramseya. Najważniejsze pytanie na najbliższe miesiące: czy zostanie Fabregas; ile znaczy dla tej drużyny pokazało jego wejście z ławki na kilkanaście minut z Aston Villą, ale i gol w derbach z Tottenhamem, tuż po rozpoczęciu gry przez piłkarzy Redknappa od środka, po utracie pierwszej bramki.
O Tottenhamie było tu aż za dużo, więc dziś zmilczę (po meczu z Burnley mam zresztą dobre powody, brr…) – o remisujących dziś Liverpoolu i Manchesterze City również. W sumie niemiłym zaskoczeniem jest dla mnie niska pozycja Evertonu: zespół Davida Moyesa zapłacił wysoką cenę za plagę kontuzji w pierwszej części sezonu, w drugiej na odrobienie strat było już za późno, ale już dziś ostrzę sobie zęby na ich występy w sezonie kolejnym. Byle tylko nie podkupiono Jacka Rodwella, tylko jednego z listy zdolnych młodzieńców Moyesa.
Aston Villa natomiast sezon może uznać za udany: szanse na czwarte miejsce straciła zaledwie przed tygodniem, awans do Ligi Europejskiej wywalczyła bez problemów, świetnych dziesięć miesięcy mieli James Milner i Richard Dunne (to właściwie niewiarygodne, że MC pozbyło się Irlandczyka, sprowadzając kilka razy droższego Lescotta: z postawy na boisku można by wnosić, że to Dunne kosztował 20 milionów). Aż dziwne, że tyle się mówi o zagrożonej posadzie Martina O’Neilla i jego konfliktach z właścicielem – jeśli menedżer AV miałby zmieniać pracę, to chyba na jakąś lepszą, np. (przepraszam kibiców jego dotychczasowej drużyny) na Anfield Road…
Do przyjemnych zaskoczeń sezonu zaliczam postawę Birmingam, a zwłaszcza jego wodoszczelnej defensywy, ze świetnym bramkarzem, rewelacyjną parą stoperów i cudownie odrodzonym – bo kontuzje skłaniały go już do zakończenia kariery – prawym obrońcą Carrem. Oraz Stoke, które bez trudu utrzymało się w lidze, czyniąc z własnego stadionu twierdzę niemal nie do zdobycia, a z wyrzucającego auty Rory’ego Delapa – najgroźniejszego wykonawcę stałych fragmentów gry w ekstraklasie. Fulham, niewiarygodne w Lidze Europejskiej, w Premier League musiało wypaść gorzej, ale i tak jego menedżer jest chyba jedynym rywalem Carlo Ancelottiego i Harry’ego Redknappa w walce o tytuł menedżera roku League Manager Association (Redknapp wygrał mniej prestiżowe wyróżnienie, przyznawane przez jury Premier League).
Zaskoczenia nieprzyjemne, poza postawą Liverpoolu (wielkie podsumowanie z dzisiaj: Steven Gerrard odpychający kibica)? Kryzys West Hamu, trenowanego przez Gianfranco Zolę, mimo tak obiecującej końcówki sezonu poprzedniego i mimo obecności w drużynie tak dobrych piłkarzy, jak Green, Upson, Parker czy Carlton Cole. Degradacja Burnley, a właściwie załamanie morale tej drużyny po odejściu Owena Coyle’a. Upadek Portsmouth, a właściwie szerzej: długi, które zakłóciły, zakłócają lub będą zakłócać funkcjonowanie jeszcze kilku angielskich klubów, z Manchesterem United i Liverpoolem na czele (z długami MU wiązałoby się zaskoczenie przyjemne: masowy ruch kibiców, walczących o odzyskanie wpływu na swój ulubiony klub).
To tyle na szybko; do tematu będę wracał w najbliższych dniach, pisząc szerzej o poszczególnych piłkarzach i menedżerach. Dziś wznoszę toast za Chelsea i… Burnley. Najzabawniejsze jest to, że jeśli we środę Fulham wygra Ligę Europejską, to w europejskich pucharach zagra również zdegradowany zespół z Turf Moor, dzięki wysokiej pozycji w klasyfikacji fair play. Właściwie bardzo bym sobie tego życzył: zobaczyć jakieś europejskie gwiazdy, jak próbują się pomieścić pod ciaśniutką budką, osłaniającą ławkę rezerwowych na stadionie Burnley.
Skomentuj ~piotrek Anuluj pisanie odpowiedzi