Przewidywalna kolejka, w której faworyci zgodnie sięgnęli po komplet punktów (potknął się jedynie Manchester United, ale i to było do przewidzenia – o czym za chwilę), pozwala postawić ogólne pytanie dotyczące przyszłości. Czy po mistrzostwo kraju albo miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów sięgnie klub mający najlepszych piłkarzy, czy mający najlepszą drużynę? Inaczej mówiąc: czy o finiszu rozgrywek zadecyduje indywidualny potencjał gwiazd (wiemy doskonale, że w każdym z sześciu najlepszych zespołów są zawodnicy zdolni do przesądzenia meczu w pojedynkę, a w takim np. Manchesterze City jest ich co najmniej kilku), czy fakt, że gwiazdy są w stanie poświęcić się dla drużyny?
Bo weźmy np. Balotellego: pojawił się na boisku w 61. minucie i – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – właśnie to wejście odmieniło losy spotkania między Manchesterem City a mądrze się broniącym Evertonem. Tym razem zadziałało, ale czy krnąbrny Włoch po kilku miesiącach grzania ławy będzie równie zdeterminowany?
Weźmy Manchester United bez Rooneya, Hernandeza i Welbecka. Bez jednego czy dwóch z tej trójki może by się udało, ale trzech nieobecnych oznaczało przekroczenie masy krytycznej – Berbatow i Owen nie wydają się aż tak zdeterminowani jak napastnicy będący przed nimi w klubowej hierarchii. Albo za bardzo chcą się pokazać, co wychodzi na to samo – skutkuje podejmowaniem złych decyzji.
Weźmy Robina van Persiego. Zwycięstwo Arsenalu nad Boltonem było one man show, ale – jak napisał publicysta „Guardiana” – kapitan nie może wiecznie walczyć sam. Problem integrowania indywidualności w drużynę będzie towarzyszył Arsenalowi w kolejnych spotkaniach, nawet jeżeli o wielu z nich przesądzą kapitalne występy jednostek: Wilshere’a, Artety, Szczęsnego czy wczorajszego bohatera, o którym skądinąd również się plotkuje, że jest rozczarowany rozwojem wypadków na Emirates i waha się, czy podpisywać nowy kontrakt (Manchester City czeka ponoć z kolejną ofertą…).
Weźmy Franka Lamparda, który posadzony na ławce i ostatecznie niewykorzystany (Andre Villas-Boas postawił w końcówce na młodego McEachrana), wściekły opuścił Stamford Bridge jeszcze przed zakończeniem meczu ze Swansea. Weźmy też Fernando Torresa, który najwyraźniej nie chce zejść z pierwszych stron gazet – tym razem do bramki dołożył brutalny faul i po czerwonej kartce będzie pauzował trzy mecze, tracąc rozpęd, który wydawał się właśnie zyskiwać.
Weźmy przywoływany tu niemal co tydzień dylemat Harry’ego Redknappa: van der Vaart czy Defoe. Do tej pory za każdym razem w wyborze pomagał stan zdrowia któregoś z nich – a to kontuzjowany był Holender, a to przeziębiony był Anglik. Co się stanie, kiedy dla dobra drużyny trzeba będzie posadzić na ławce van der Vaarta? Obawiam się jego reakcji…
Najmniejsze wątpliwości mam w kwestii Liverpoolu. Tu menedżer ma autorytet wśród piłkarzy, a szatnią rządzą silne osobowości, którym – inaczej niż np. w Chelsea – grzanie ławy raczej nie grozi. To także jeden z powodów, dla których mimo ubiegłotygodniowej klęski z Tottenhamem nadal uważam, że zespół Dalglisha będzie się liczył w walce o tytuł. Dodatkowy argument to fakt, że – w odróżnieniu od wszystkich wymienionych wyżej drużyn – Liverpool nie musi się martwić o godzenie gry w Premier League z występami w Lidze Mistrzów albo Lidze Europejskiej. Potknięcie MC z Fulham można interpretować także „kacem” po debiucie w Champions League – podobne wpadki regularnie zdarzały się w poprzednim sezonie Tottenhamowi.
Żeby zakończyć zdaniem równie oczywistym, co zdania otwierające: Premier League to maraton, nie sprint. Trzeba umieć rozłożyć siły, trzeba umiejętnie rotować piłkarzy – tak, żeby ci będący w wielkiej formie nie tracili jej przez nieoczekiwaną przerwę w grze, i żeby ci z ławki nie czuli się zbyt długo niepotrzebni.
Akurat jeśli idzie o rotację, sir Alex Ferguson nie ma sobie równych.
Skomentuj ~me262schwalbe Anuluj pisanie odpowiedzi