Trzeba zacząć od Evertonu z Manchesterem United. Tylko jak zacząć, żeby nie popaść w banały? Przez pierwszych kilkadziesiąt minut po zakończeniu tego meczu fora internetowe, twitter, facebook i co tam jeszcze, przytykały się od nadmiaru wykrzykników i westchnień, w stylu „ach, jaka ta liga niezwykła”. No niezwykła, pewnie, ale trudno na tym poprzestać.
Teraz, kiedy wiemy już, jak się to wszystko zakończyło, tematem podstawowym jest pominięcie przy ustalaniu składu MU Wayne’a Rooneya. Taki Henry Winter np. od razu zawyrokował, że sir Alex wypuścił jednego piłkarza i dwa punkty, łącząc oba fakty. Dla mnie przebieg wydarzeń na boisku pokazał, że Ferguson miał rację (zwłaszcza w kontekście meczu Ligi Mistrzów w ciągu tygodnia) i że faktów tych łączyć nie sposób. Rooney, były piłkarz Evertonu, zawsze był obrażany na Goodison Park, a jak byłby obrażany teraz, po ujawnionym przed tygodniem skandalu obyczajowym, nie chcę sobie nawet wyobrażać (pytanie, oczywiście, czy zawodowy piłkarz nie powinien być uodporniony na najstraszliwsze nawet zaczepki: przykład kilku świetnych występów Sola Campbella dla Arsenalu w derbowych meczach z Tottenhamem pokazuje, że bywają one nawet mobilizujące…). Bez niego Manchester United nie tylko potrafił grać swoją grę, ale do ostatniej minuty był pewny zwycięstwa.
Tak jak w poprzednich dwóch sezonach formułowałem w tej kwestii wątpliwości, tak w tym kolejny raz przyznać muszę: Berbatow był znakomity. Do umiejętności technicznych (przyjęcie piłki!), elegancji i wizji doszła w końcu pewność siebie, a dodatkowo Bułgarowi posłużyła chyba decyzja o wycofaniu się z gry w reprezentacji i skupieniu na karierze klubowej. Znakomici byli także Scholes i Giggs, dobrze asystował Nani, pięknie uderzał Fletcher, w obronie Vidić pokazywał, że warto przecinać dyskusje na temat własnej przyszłości (został w Manchesterze i znów jest podporą drużyny), a i van der Sar robił, co do niego należało. Doprawdy: czy komuś poza Henrym Winterem brakowało Rooneya?
Eksperci Match of the Day dopatrzyli się w MU jednego słabego ogniwa: Jonny’ego Evansa, któremu występujący z konieczności w roli napastników pomocnicy Evertonu od pierwszej minuty starali się utrudniać życie. Mnie się wydaje, że także zejście Evry spowodowało perturbacje w defensywie, dwukrotnie wykorzystane przez gospodarzy w doliczonym czasie gry, no i nie sposób nie zauważyć, że dośrodkowania Leightona Bainesa (kolejny świetny mecz) padały ze strony, za którą odpowiedzialny jest Gary Neville. Można też „winić” Tima Howarda, którego znakomite interwencje uniemożliwiły MU strzelenie kolejnych trzech-czterech goli.
W ogóle był to weekend stojący pod znakiem bramkarzy. Blackpool zawdzięcza drugie w sezonie wyjazdowe zwycięstwo Mattowi Gilksowi, który powstrzymywał piłkarzy Newcastle w sytuacjach zaiste beznadziejnych, Liverpool dziękuje za skądinąd mało przekonujący remis z Birmingham Jose Reinie, który zrehabilitował się tym samym za mecz reprezentacji z Argentyną. W bramce Blackburn (sensacyjny punkt na City of Manchester Stadium!) bardzo dobrze spisywał się Paul Robinson, czego nie można powiedzieć o Joe Harcie, tym razem niepewnym – podobnie zresztą, jak w meczu reprezentacji ze Szwajcarią, i podobnie jak inny reprezentant Anglii, Robert Green, w meczu z Chelsea. Z Anglików oprócz Robinsona najlepiej wypadł więc Scott Carson, broniący m.in. w sytuacji sam na sam z Garethem Bale’m (a skoro jeszcze o bramkarzach: w końcówce meczu WBA-Tottenham Cudicini kilkakrotnie ratował Tottenhamowi remis, rehabilitując się z kolei za wpadkę z Wigan).
Debiutanci? Carlo Ancelotti podnosi zasługi „nowego” w drużynie Essiena (stracił większość poprzedniego sezonu z powodu kontuzji, w tym jest bajeczny). Bramkowo do Sunderlandu wprowadził się Gyan, w Liverpoolu z dobrej strony pokazał się Meirelles, w drużynie Harry’ego Redknappa swój pierwszy mecz rozegrali van der Vaart i Gallas. W przypadku tego pierwszego debiut był udany: Holender miał udział w bramce Modricia, wcześniej odegraniem piętą stworzył sytuację Lennonowi, później wypuścił sam na sam Bale’a, a wreszcie w dużym tłoku wyrobił pozycję strzelecką Huddlestone’owi. Po drugim znać było kilkumiesięczny odpoczynek od piłki, niestety także przy akcji dającej gospodarzom wyrównanie. W ogóle Tottenham stracił kilkadziesiąt procent wartości po zejściu Modricia (został kopnięty w nogę, w dokładnie to samo miejsce, które było przed rokiem złamane, i kibice Tottenhamu przeżyli kilkanaście godzin nerwów, że w ciągu zaledwie kilku dni stracą na wiele tygodni trzeciego, oprócz Dawsona i Defoe, niezastępowalnego piłkarza). O ile wcześniej przewaga gości w posiadaniu piłki była absolutna, futbolówka chodziła od nogi do nogi, a współpraca Modricia z van der Vaartem wydawała się wręcz telepatyczna (co brzmi niewiarygodnie, bo trenowali wspólnie tylko jeden dzień), to później zespół grał co najwyżej poprawnie, tempo i odwaga rozgrywania zmalały, a świeżych pomysłów było jak na lekarstwo. Harry Redknapp ma rację: w tym sezonie jego drużynie niejeden raz przyjdzie grać przeciwko zespołom broniącym się dziewięcioma piłkarzami, a poza Modriciem nie ma piłkarzy zdolnych do złamania ich oporu jednym niebanalnym podaniem, dryblingiem lub strzałem. Może teraz, kiedy sprowadził van der Vaarta, będzie lepiej…
Po czterech kolejkach wygląda na to, że wyścig o mistrzostwo i Ligę Mistrzów będzie jeszcze bardziej zacięty niż przed rokiem. Poza Chelsea i Arsenalem wszyscy gubią punkty (Arsenal zremisował na wyjeździe z Liverpoolem, ale trudno to uznać za zgubienie punktu), a zespoły skazywane na pożarcie walczą zajadle. Mimo wszystko niespodziewane są dla mnie kłopoty West Hamu, który pod Awramem Grantem zaczyna powoli przypominać… Portsmouth z początku poprzedniego sezonu, to znaczy: w każdym meczu ma momenty bardzo przyzwoitej gry, więc po każdym szkoleniowiec mówi, że wyniósł z niego wiele pozytywów, ale cóż z tego, skoro każdy przegrywa. W tym tygodniu izraelskiego menedżera czekają straszne dni, co piszę w sensie absolutnie ścisłym, bo Jom Kipur, przypada akurat w sobotę, kiedy West Ham ma grać mecz o sześć punktów z przedostatnim w tabeli Stoke. Każdy pobożny Żyd tego dnia powinien pościć i powstrzymywać się od pracy, więc niewykluczone, że Londyńczycy będą musieli grać bez swojego menedżera. Chyba że sprawa stanie się bezprzedmiotowa, bo właściciele klubu zdecydują się rozwiązać z nim umowę…
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi