Jest i zawsze będzie legendą Liverpoolu. Trudno się dziwić: przyszedł do klubu jako ośmiolatek i został na następne dwadzieścia sześć lat, żeby w tym czasie rozegrać prawie siedemset spotkań i strzelić blisko dwieście goli, wygrać Ligę Mistrzów, dwa Puchary Anglii i trzy Puchary Ligi, Puchar UEFA i Superpuchar Europy – słowem wszystko, oprócz mistrzostwa kraju. Był wielkim piłkarzem, świetnym kapitanem, wzorem dla przyszłych pokoleń, nie tylko w Liverpoolu. Uff, skoro już to wszystko napisałem, mogę napisać także: zarówno dla niego, jak dla klubu dobrze, że odchodzi.
1. Zanim jednak o tym, wypada powspominać. Jest o czym, bo początki kariery dzieciaka z Whiston nie były bynajmniej proste. Zaczął treningi w klubie bardzo wcześnie, ale do debiutu w pierwszej drużynie musiało minąć dziesięć lat, w trakcie których kilka razy wydawało się, że jego przyszłość leży poza Anfield. Nawet do Manchesteru United trafił w pewnym momencie na testy; nigdy też nie grał w najmłodszych angielskich reprezentacjach, a już po debiucie nie zawsze potwierdzał swój talent, w pierwszym meczu rozgrywanym w wyjściowym składzie plątając się na przykład gdzieś po prawej stronie i daremnie próbując zatrzymać grającego wówczas w Tottenhamie Davida Ginolę. Przez kolejne dwa lata trapiły go kontuzje – rósł bardzo szybko, więc narzekał na plecy, przeszedł też kilka operacji pachwin – i w zasadzie „odpalił” dopiero w sezonie 2000/01, kiedy grał w niemal każdym meczu, strzelił dziesięć goli i wybrano go najlepszym młodym piłkarzem Premier League.
Dwa lata później był już kapitanem Liverpoolu i w tej roli przeżył później jedną z najwspanialszych nocy w historii i tak wspaniałego klubu – nocy, w trakcie której piłkarze Rafy Beniteza w ciągu kilku minut drugiej połowy odrobili trzybramkową stratę w finale Ligi Mistrzów z Milanem, a Gerrard strzelił jednego gola i został wybrany piłkarzem meczu. Spotkanie to, niewątpliwie jedno z najsłynniejszych w historii futbolu, ma bogatą bibliografię, w której rola kapitana zwycięskiej drużyny zajmuje sporo miejsca (same opisy, jak wraca na swoją połowę po strzeleniu pierwszego gola, mobilizując fanów do jeszcze głośniejszego dopingu, trafią być może do klasyki angielskiego dziennikarstwa sportowego); mało kto pamięta jednak, że Liverpool mógł w nim w ogóle nie zagrać, zagrożony odpadnięciem w fazie grupowej i uratowany dopiero golem swojego lidera w końcówce meczu z Olympiakosem. O szczęściu tego piłkarza do strzelania arcyważnych bramek powinno się w zasadzie napisać osobny tekst – co do mnie najlepiej pamiętam cudowną bramkę w ostatniej minucie finału Pucharu Anglii z West Hamem, przedłużającą ów najlepszy może w historii tych rozgrywek mecz o dogrywkę, ale nawet w tym sezonie, w ostatnim meczu Ligi Mistrzów z FC Basel, jego gol stworzył Liverpoolowi szansę na kolejny, nieudany tym razem comeback.
Wiem, przypominam tu oczywistości: mówimy o jednym z najbardziej znanych piłkarzy naszych czasów, a w związku z tym wszyscy mniej więcej pamiętamy, że jego kariera obfitowała w tytuły piłkarza roku, świetne mecze i piękne bramki (przypomnijcie sobie choćby tę z Marsylią, strzeloną w sierpniu 2008 r.), rekordy, wyróżnienia i komplementy (na przykład ten Zidane’a, wskazującego właśnie na Gerrarda jako najlepszego piłkarza świata w 2009 roku). Pamiętamy też niespełnienia w reprezentacji Anglii, dzielone z wieloma innymi świetnymi piłkarzami tej i poprzedniej generacji – i jedno krzyczące niespełnienie w klubie, czyli niewywalczone mistrzostwo Anglii. Paradoksalnie kiedy byli najbliżej, wiosną ubiegłego roku, o niepowodzeniu mógł zdecydować właśnie jego błąd – nieszczęsne potknięcie w meczu z Chelsea, po którym gola dla podopiecznych Jose Mourinho zdobył Demba Ba i tytuł wymknął się drużynie Brendana Rodgersa.
W zasadzie tu powinna nastąpić pierwsza w tym wpisie dygresja: o dziwnych ścieżkach wiodących piłkarzy na karty kibicowskiego folkloru. „Potknięcie Gerrarda” już zajmuje w nim poczesne miejsce, tak samo jak na przykład w historii Coventry ważne okazuje się kolano Gary’ego Mabbutta, wieloletniego kapitana i legendy Tottenhamu, który w finale Pucharu Anglii w 1987 roku tymże kolanem strzelił dla późniejszych zdobywców pucharu bramkę samobójczą. Nikt nie pamięta, że Mabbutt w tym samym meczu zdobył również gola dla swojej drużyny i generalnie był jej wieloletnią podporą – tak samo, jak nikt nie pamięta, że do tamtego meczu z Chelsea Liverpool nie przystępowałby jako lider tabeli nie tylko dzięki świetnej formie Suareza, Sturridge’a czy Sterlinga, ale także dzięki trzynastu golom (niechby i z rzutów karnych) Gerrarda; asyst skądinąd – jak na pechowca przystało – kapitan The Reds też miał trzynaście.
2. Zostawmy jednak rozważania o pechu – już sam mecz ze Stambułu falsyfikuje tezę, że Gerrarda prześladował jakiś zły los. Moment jest szczególny i sprzyja raczej wznoszeniu pieśni pochwalnych; pamiętam zresztą, że gdy po tegorocznym nieudanym mundialu podsumowywał „najgorsze trzy miesiące w karierze”, mówił również o konieczności wzięcia się w garść, bo jako kapitan czuje na sobie wzrok całej drużyny i jest świadom przykładu, jaki musi nieustannie dawać innym. To jeden z wątków powracających w jego publicznych wypowiedziach: odczuwane na sobie spojrzenie kolegów z drużyny, a jeszcze bardziej kibiców, którzy przez minione kilkanaście lat byli mieszkańcami tych samych, co on miejscowości, Liverpoolu, Whiston czy Huyton. Sam jako chłopak chodził na trybunę The Kop, sam stracił kuzyna podczas tragedii Hillsborough – w jego przypadku można wierzyć, że ciężar kapitańskiej opaski, noszonej niegdyś przez Rona Yeatsa, Emlyna Hughesa, Phila Thompsona, Graeme’a Sounessa czy Alana Hansena, był odczuwany ze szczególną intensywnością. Nie ja jeden wspominam dziś w związku z tym, jak ochrypłym, łamiącym się głosem mówił na stadionie Atatürka, ile to zwycięstwo musiało znaczyć dla wszystkich tych, którzy odbyli podróż na finał Ligi Mistrzów z dalekiego Liverpoolu.
Pod jednym wszak względem był niewątpliwie pechowcem. Sam jako piłkarz potrafił niemal wszystko. Był silny, szybki (co z upływem czasu i wydłużającą się listą kontuzji, niestety, minęło), potrafił zapełnić na boisku prawie każdą lukę (bywał nawet prawym obrońcą…), podawał celnie na dowolną odległość, choćby i na kilkadziesiąt metrów, uderzał z dystansu, dobrze grał głową, chętnie angażował się w walkę o piłkę, biegając do upadłego między dwoma polami karnymi. Na pierwszym etapie kariery często porównywano go do Keane’a czy Vieiry, ale był kimś więcej. „Nie był Makelelem Liverpoolu, był jego Zidanem”, napisał prawie rok temu Ken Early, podkreślając ofensywne talenty kapitana Liverpoolu; ze świetnego tekstu Early’ego chciałbym wziąć jednak przede wszystkim cytat o wślizgach, być może kluczowy dla zrozumienia tego, jak kończy się jego kariera na Anfield. „Dla większości zawodowców wślizg jest kwestią techniki – opowiada Gerrard. – U mnie jednak chodzi o skok adrenaliny. Boli mnie, kiedy patrzę na piłkę u nóg rywali. Muszę ją odzyskać. To moja piłka, idę po nią. Wślizg to zderzenie, które rozdziela odważnych od tchórzy”.
Gerrard był pechowcem, bo często nie mógł liczyć na należne wsparcie drużyny, a czasem także – kompetentnego trenera. „Gdybym pracował z Brendandem od 2004 roku, jestem pewien, że zdobylibyśmy dużo więcej trofeów”, mówił elegancko po ogłoszeniu decyzji o nieprzedłużeniu kontraktu z klubem. „Mistrzostwa zdobywają drużyny, nie indywidualności”, napisał Early i trudno się z nim nie zgodzić; jeśli spojrzeć na Liverpool ostatnich lat, można uznać, że do wielkości zawsze brakowało jakiegoś drobnego elementu układanki; bramkarza, bocznego obrońcy, stopera czy skrzydłowego (pamiętacie, jak na lewej obronie biegał na przykład Paul Konchesky?), albo szkoleniowca, który wiedziałby, jak nimi wszystkimi pokierować.
Dygresja druga w tym tekście powinna jednak nawiązać do cytatu o wślizgach, bo pisząc o Gerrardzie wypada zauważyć wszystkie te momenty, w których pomocnik Liverpoolu nie potrafił zachować zimnej krwi i wylatywał z boiska z czerwonymi kartkami albo chęć zwyciężania prowadziła go na manowce nurkowania w polu karnym. Podsumowując karierę wielkiego piłkarza, nie podsumowuję kariery ideału – tak samo jak płacząc za Thierrym Henrym nie potrafiłem zapomnieć gola zdobytego w barażu z Irlandią przez Gallasa, po ewidentnym zagraniu ręką.
3. Rafa Benitez zwracał swemu kapitanowi uwagę, że biega stanowczo za dużo. Pomogło niewiele: dyscyplina taktyczna nie należała nigdy do najmocniejszych stron Stevena Gerrarda, a Benitez prawdziwym mózgiem drużyny uczynił Xabiego Alonso. Konkluzja ta pozwala wreszcie dotknąć wstydliwego sedna sprawy, związanego z faktem, że jego odejście może pozwolić Brendanowi Rodgersowi rozpocząć właściwą fazę przebudowy drużyny. Przeczucie, że coś takiego nastąpi, niósł wszak już ubiegłoroczny mecz z Tottenhamem, wygrany przez Liverpool pod nieobecność kontuzjowanego Gerrarda 5:0.
Biograf, by nie powiedzieć: hagiograf kapitana Liverpoolu Henry Winter, napisał, że jego bohater odchodzi, bo jest zbyt dumny, by żyć przeszłością. Można i tak. Można też (jak Jamie Carragher) narzekać na klub, który nie obdarza swojej legendy należnym szacunkiem (zupełnie jakby sam Carragher nie brał udziału w uroczystym meczu na cześć Gerrarda, rozegranym przez Liverpool z Olympiakosem w sierpniu 2013 roku). Można doszukiwać się w ostatnich tygodniach jakichś niespełnionych obietnic, na przykład odwołując się do słów samego Gerrarda z jesieni, że decyzja o zakończeniu kariery reprezentacyjnej pozwoli mu teraz bez reszty poświęcić się grze w Liverpoolu. Można jednak także przeanalizować ostatnich kilkanaście meczów tej drużyny i zobaczyć, że chcący, co zrozumiałe, grać jak najwięcej Steven Gerrard zwyczajnie stawał się jej problemem. Gdyby był gotowy na przyjęcie roli przywoływanego często w jego kontekście Franka Lamparda (ech, te nieskończone debaty, czy mogą grać razem w reprezentacji…), w Manchesterze City pogodzonego już z rolą wartościowego zmiennika, zapewne pozostałby na Anfield do końca kariery. Na to jednak, zdaniem Gerrada, było jeszcze za wcześnie – problem w tym, że z kolei za późno było na zmianę pozycji na boisku.
„Możesz być jak Pirlo”, tłumaczył mu Brendan Rodgers wkrótce po przyjściu do klubu, ale próby zrobienia kapitana cofniętym rozgrywającym w typie registy Juventusu spaliły na panewce. Można mówić o różnicach w ustawieniu, różnych pomysłach na grę, ale moim zdaniem istota sprawy leży jednak we wspomnianych już skokach adrenaliny, które kazały Gerrardowi zagrywać niepotrzebnie spektakularną piłkę, zamiast czasem cierpliwie ją porozgrywać, albo prowokowały go do opuszczenia pozycji, którą jako cofnięty rozgrywający powinien zajmować na boisku. Nie będę się nad tym wątkiem przesadnie rozwodził, bo wiem, że do pisania o nim szykuje się Michał Zachodny; pamiętam skądinąd, jak przy okazji derbów Liverpoolu Michał wyliczył, że średnia odbiorów i przechwytów Gerrarda spadła dwukrotnie w porównaniu z poprzednim sezonem. Owszem, nawet z ostatnich miesięcy jego kariery pamiętamy tego piłkarza z momentów, gdy jednym zagraniem potrafi zmieniać losy meczu, pytanie tylko, co z przytłaczającą większością czasu spędzanego na boisku, gdzie zadaniem kogoś takiego powinno być niespektakularne kontrolowanie gry? Co z chłodno wykalkulowanymi podaniami prostopadłymi, a nie tylko na skrzydła? Co ze zdolnością utrzymania się przy piłce pod presją? Co z tymi momentami, gdy ma naprzeciwko siebie ruchliwych pomocników rywala, spóźnia się ze wślizgiem i po chwili obserwuje już ich plecy, a żeby ich dogonić brakuje mu już szybkości i sił? Co ze znalezieniem równowagi między kreacją a zabezpieczeniem tyłów? Weźmy zresztą przykłady najświeższe, tego, jak wyglądała gra Liverpoolu w dwóch ostatnich meczach: bez Gerrarda (ze Swansea) i z Gerrardem (z Leicester; prawda, że wykorzystał w jego trakcie dwie jedenastki, ale poza tym niemal go nie było); jak szybko i udanie pressingiem grali w pierwszym z nich i jak buksowali w drugim?
Ktoś napisał w tych dniach, że Steven Gerrard wygrywał mecze wielkim sercem do gry, dożyliśmy jednak czasów, gdy samo serce już nie wystarczało. Życzliwa interpretacja jego pożegnania z klubem powinna uwzględnić to wspomniane już pragnienie niezawodzenia kolegów i przyjąć, że on również zdał sobie sprawę z tego, że ze swoim temperamentem i ze swoimi ograniczeniami na dłuższą metę może już tylko zawadzać. Co do tego, że przez najbliższe pół roku poprowadzi drużynę do niejednego zwycięstwa, że przekroczy liczbę siedmiuset spotkań, że strzeli jeszcze kilka goli i że za każdym razem będzie dawał z siebie wszystko, nie ma oczywiście żadnych wątpliwości. Rozstanie przebiegnie aksamitnie, sukcesy (także komercyjne) w Ameryce wydają się pewne, a powrót do Liverpoolu (na posadę trenera? ambasadora?) będzie tylko kwestią czasu. W najbliższych miesiącach powinniśmy zobaczyć na Anfield pomnik Stevena Gerrarda i nową, dynamiczną drugą linię Liverpoolu.
Byle jeszcze Sturridge naprawdę zechciał wyzdrowieć.
Skomentuj Robespierre Anuluj pisanie odpowiedzi