Długo nie mogłem się zabrać za pisanie o tej śmierci. I wygląda na to, że zabieram się dopiero teraz, skoro kończąca się właśnie kolejka Premier League nie przynosi żadnego zaskakującego rozstrzygnięcia, pozwalając w gruncie rzeczy na ograniczenie się jedynie do obszernego post scriptum.
Inna sprawa, że nie bardzo wiedziałem, jak. Rozpocząć wspomnieniem lirycznym? Jest, powiedzmy, połowa lat 90., w którejś z pierwszych edycji Championship Managera kupuję do Tottenhamu Gary’ego Speeda i świetnie na tym wychodzę.
Mógłbym też rozpocząć wspomnieniem dramatycznym. Tottenham po długiej podróży na północ przybywa na Reebok Stadium, jak zwykle pełen nadziei na korzystny rezultat, i jak zwykle dostaje baty od drużyny, której kapitanem jest Gary Speed.
Mógłbym sięgnąć po wspomnienie całkiem niedawne. Reprezentacja Walii, której kibicowałem od czasu, gdy debiutował w niej młodziutki Ryan Giggs, i która przez wszystkie te lata przegrywała kolejne eliminacje do mistrzostw świata czy Europy, pod nowym menedżerem znów zaczęła grać fajny futbol, wygrywać, zdobywać punkty… Gary Speed objął ją zbyt późno, by wywalczyć awans do Euro 2012, ale następne eliminacje, do mundialu tym razem, zapowiadały się fantastycznie.
Mógłbym wreszcie sięgnąć po wspomnienia sprzed kilku dni. Spróbować opisać płaczącego w studiu BBC Robbiego Savage’a – tak tak, Savage’a, jednego z największych boiskowych twardzieli i prowokatorów ostatnich lat. Albo Shaya Givena, ocierającego łzy w bramce Aston Villi.
Mógłbym dać tu życiorys Gary’ego Speeda. Mógłbym przywołać jedno z niezliczonych wspomnień, od których zaroiły się gazety z tego tygodnia, a w których słowo „dżentelmen” było jednym z pojawiających się najczęściej. Albo podkreślić, że był wzorem profesjonalizmu, zawdzięczającym swoje osiągnięcia (tak mówił) bardziej ciężkiej pracy niż talentowi. Że dbał o siebie, uważał na dietę, nie nadużywał alkoholu…
Mógłbym, opisując zakończoną właśnie kolejkę Premier League, uwypuklić atmosferę wytworzoną przez dziesiątki tysięcy fanów, klaszczących dla upamiętnienia walijskiego menedżera, albo skoncentrować się na geście Garetha Bale’a, dedykującego mu swoją bramkę w meczu z Boltonem (gest skrzydłowego Tottenhamu docenili nawet kibice gości).
Nie zrobię żadnej z tych rzeczy. Tajemnica cudzej śmierci średnio się rymuje ze stylistycznymi popisami, tym bardziej, że tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego jeden z najbardziej zasłużonych piłkarzy w historii angielskiej ekstraklasy, niezwykle obiecujący menedżer, człowiek o udanym ponoć życiu rodzinnym, który jeszcze dwa tygodnie temu planował z żoną i dwójką małych synków wyjazd na Boże Narodzenie do Dubaju, odebrał sobie życie. Pamiętajmy o jego życiu, zadumajmy się nad jego śmiercią (może także – ci, którzy potrafią – pomódlmy się za jego duszę). I postawmy tu kropkę.
PS Co się zaś tyczy wyścigu sześciu koni (Newcastle, spodziewam się, w najbliższych tygodniach odstanie jednak od stawki…), zwróciło moją uwagę zwycięstwo Chelsea, odniesione z trudem większym, niż sugerowałby wynik. Oczywiście kluczowym momentem meczu na, ehm, St. James’ Park było niewyrzucenie z boiska Davida Luiza (ta wysoko ustawiona linia obrony Chelsea…), szczególnie absurdalne przy czerwonej kartce dla Gary’ego Cahilla w meczu Tottenham-Bolton; kilka świetnych okazji dla Newcastle mogło/powinno zakończyć się bramką, a gdyby mógł grać Gutierrez, Sturridge na prawej stronie nie miałby tyle swobody. Niemniej Villas-Boasa za kilka decyzji z ostatniego czasu należałoby pochwalić – przede wszystkim za coraz odważniejsze stawianie na Orieu (kolejny świetny mecz), za nieprzejmowanie się Torresem czy fochami Anelki i wybór Drogby czy Sturridge’a, za zdjęcie bezproduktywnego Lamparda wreszcie. Mówcie, co chcecie – mnie, jak do tej pory, przekonuje praca portugalskiego menedżera, a kłopoty, z którymi musi się borykać, uważam raczej za odziedziczone. Czy to on kupował Torresa? Czy jego winą jest kontuzja Essiena, napyskowanie przez Terry’ego Antonowi Ferdinandowi albo upór prezesa Levy’ego, żeby nie oddawać Chelsea Modricia?
Napisałem przed kilkoma tygodniami tekst „Cierpliwości” – i choć wiem, że od tamtej pory topór nad Villas-Boasem obniżył się o parę centymetrów (porażki w Lidze Mistrzów i Pucharze Ligi), a chwila spokoju po zwycięstwie nad Newcastle potrwa pewnie zaledwie tydzień, skoro Chelsea czeka mecz z Manchesterem City, to miałbym ochotę tamten tytuł powtórzyć. Podoba mi się twarda decyzja o odsunięciu ze składu chcących odejść Anelki i Alexa, no i czekam na styczeń, a w nim – kolejne transfery nowego wciąż menedżera Chelsea. Siedmiu piłkarzy, którzy wystąpili niedawno w przegranym meczu z Liverpoolem, stanowiło trzon drużyny Jose Mourinho…
Skomentuj ~Tomas_h Anuluj pisanie odpowiedzi