Według wszelkich oznak na niebie i ziemi mecz powinien zakończyć się wynikiem 1:1, a Frank Lampard powinien uczcić pięćsetny występ w barwach Chelsea bramką z rzutu karnego.
Otwieram nowy akapit, bo nie chcę powyższego prostego zdania osłabiać. Choć z drugiej strony nie mogę nie zauważyć, że mecz zaczął się od ostrego wejścia Essiena w nogi Rooneya (nie odrobił hiszpański sędzia lekcji z ostatniego meczu ligowego Chelsea…) i nie mogę nie zacytować słów sprzed pięciu tygodni, napisanych przez mnie po meczu Chelsea-MU: „Ile by nie wylać atramentu w narzekaniach na sędziowskie pomyłki, jestem przekonany, że pod koniec sezonu one się mniej więcej zerują: wczoraj sędzia nas skrzywdził, to jutro inny nam pomoże. Taki sport”. Wczorajsze spotkanie było oczywiście słabsze od tamtego, po którym na pracę arbitra głośno narzekali kibice i szkoleniowcy MU, ale też nie ma się co dziwić: perspektywa rewanżu, konieczność rozegrania dwumeczu, zmienia perspektywę – tu nigdy nie gra się aż tak otwartej piłki.
Być może na słabszy poziom wpłynęła też nieco inna obsada personalna – zwłaszcza w Chelsea, gdzie na lewej pomocy zamiast Maloudy oglądaliśmy Żirkowa, w ataku brakowało Anelki, a w obronie – niemogącego grać w Lidze Mistrzów bohatera spotkania z początki marca, Luiza. Oraz fakt, że druga linia Manchesteru wystąpiła w rzadko w ten sposób zestawianej konstelacji Park, Giggs, Carrick, Valencia (przed nimi grał Rooney; wspominam o tym, bo praktycznie zawsze, kiedy goście tracili piłkę, napastnik MU wracał do pomocy i nie odstępował ani na krok rozpoczynającego akcje Chelsea Essiena). Obie drużyny zaczęły w szybkim tempie i obie często traciły piłkę – może musiało im zająć chwilę oswojenie się nie tylko ze stylem gry rywala, ale i kolegów. Po golu zresztą, ku zadowoleniu gości jak sądzę, tempo spadło.
Michaela Carricka chwaliłem już w trakcie meczu, na twitterze. Teraz czytam komplementy pod jego adresem właściwie we wszystkich relacjach. W Manchesterze obdarzany głównie zadaniami defensywnymi, grający prostą piłkę do najbliższego kolegi, nie zapomniał przecież, jak w czasach Tottenhamu dyktował tempo gry, rzucając wizjonerskie, kilkudziesięciometrowe piłki na skrzydła. Taką właśnie piłką (chciałoby się powiedzieć: w stylu Scholesa albo jego następcy na White Hart Lane, Huddlestone’a) rozpoczął akcję, która zakończyła się jedynym golem meczu. Tak, wiem, powinny paść następne…
Powinny paść następne, ale Fernando Torres wciąż pozostaje zakładnikiem siebie samego: swojej ceny i swojej przedłużającej się z tygodnia na tydzień liczby minut bez gola. Z jednej strony widać, że jest w formie: odzyskał szybkość i siłę, wie, gdzie w polu karnym się zaczaić, z drugiej wciąż w tym decydującym momencie robi coś nie tak. Albo nie potrafi się porozumieć z kolegą z ataku – układ Torres-Drogba nie służy ani jednemu, ani drugiemu. Albo trafia na znakomicie dysponowanego bramkarza – w tym przypadku van der Sara.
Przy okazji tego ostatniego muszę podnieść kwestię plebiscytu na piłkarza roku, organizowanego przez związek piłkarzy zawodowych. Na liście nominowanych do nagrody znaleźli się Scott Parker, Charlie Adam, Gareth Bale, Samir Nasri, Carlos Tevez i Nemanja Vidić, co wzbudziło sporo pochwał (zwłaszcza za – jak najsłuszniejsze – wyróżnienie dwóch zawodników z drużyn broniących się przed spadkiem), ale i nieco krytyki. W kwestii Bale’a podnoszono, że tak naprawdę został wyróżniony za koncert w Lidze Mistrzów, a nie za cotygodniowy mozół w Premier League – i że (z tym także się zgadzam) jeśli już ktoś z Tottenhamu zasłużył na nominację, to Luka Modrić. Generalnie jednak mówiło się i mówi, że głosowanie odbywa się zbyt wcześnie, bo jeszcze przed wejściem sezonu w decydującą fazę. Otwartą kwestią jest np., czy w maju nie okaże się, iż był to sezon Wayne’a Rooneya (tym razem słowo na „f” brzmiało „futbol”, napisał Daniel Taylor w „Guardianie”); o kapitalnej formie 40-letniego Holendra i niewiele młodszego Walijczyka także należałoby pamiętać.
Raz w tym meczu podniosłem brew ze zdziwienia pomieszanego z uznaniem: kiedy po kontuzji Rafaela Alex Ferguson zdecydował o wprowadzeniu Naniego i przesunięciu na prawą obronę Valencii – mimo iż miał na ławce obrońców z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli czynnik psychologiczny odgrywa rolę w takich spotkaniach (a odgrywa), Szkot mówił w ten sposób rywalom: „nie będziemy bronić korzystnego wyniku – atakujemy dalej”), a swoim podopiecznym: „nie pękajcie, jesteśmy mocni”. Miał zresztą do dyspozycji – jak rzadko w tym sezonie – duet stoperów Ferdinand-Vidić. Jeśli ten pierwszy pozostanie zdrowy przez najbliższych parę tygodni, i jeśli będzie grał tak jak wczoraj, to kto wie… Niby ten dwumecz nie został jeszcze roztrzygnięty, ale nie zaszkodzi przypomnieć, że od czasu poprzedniej potrójnej korony upłynęło 12 lat.
Skomentuj ~dark Anuluj pisanie odpowiedzi