Takiego sezonu jeszcze nie było, dziś mogę to powiedzieć uroczyście i oficjalnie. Gnębiła mnie ta kwestia od piątku, zwróciłem się więc za pośrednictwem twittera do fachowców z Opta Sports z prośbą o dokładne dane. Okazuje się, że 35 proc. rozegranych od sierpnia meczów Premier League kończyło się remisami – jeszcze nigdy w historii angielskiej ekstraklasy ten procent nie był tak wysoki.
Wnioski? Mniej więcej takie, jakie zamykały poprzedni wpis. Jeżeli poziom Premier League się wyrównał, to raczej z winy tych teoretycznie najlepszych zespołów, które jakoś nie mogą ustabilizować formy, niż z powodu nagłego wzlotu teoretycznych słabeuszy. Przykład pierwszy z brzegu, i pierwszy chronologicznie: wyjazdowy mecz Manchesteru United z Aston Villą. Który to już raz w tym sezonie Czerwone Diabły zagrały kiepski mecz? Ile razy Stewart Downing zrobił z Wesa Browna sałatkę jarzynową? Ile razy młodzi rozgrywający AV, Barry Bannan i Jonathan Hogg (nie żartuję, naprawdę tak się nazywają, a ten pierwszy wciąż nie może zdać egzaminu na prawo jazdy), okazywali się szybsi od Fletchera i Carricka? Ile razy nie potrafili dostrzec siebie nawzajem Berbatow i Hernandez? Ile razy gubił się Vidić, mający do czynienia nie tylko z szybkim Agbonglahorem, ale także operującym za jego plecami Ashleyem Youngiem? Niby niewiele zmienił Gerrard Houllier po objęciu drużyny, ale to akurat rozwiązanie podoba mi się bardzo: szybki, dobry technicznie, wiele widzący Young szuka sobie wolnego miejsca między liniami, mniej więcej tak, jak van der Vaart w Tottenhamie, a dzięki temu pozycje na skrzydłach zajmują z meczu na mecz coraz lepszy Albrighton i wreszcie zdrowy Downing (jak dla mnie – piłkarz wczorajszego spotkania). Drobna zmiana w ustawieniu plus kilka kontuzji, wymuszających debiuty zdolnej młodzieży – i Aston Villa znów jest zespołem, który chce się oglądać. Przy całej sympatii dla Gerarda Houllier, pamiętając jego Liverpool nie spodziewałem się, że pozwoli swojej nowej drużynie grać tak efektownie. Właściwie to jego młodszym zdolniejszym należałoby poświęcić cały dzisiejszy wpis, a co do Manchesteru United, który – choć wciąż niepokonany – częściej remisuje niż przegrywa: pozostaje liczyć na to, że Rooney wróci z USA odmieniony. Albo na styczniowe transfery…
Kolejny przykład, to oczywiście „hałaśliwi sąsiedzi”, czyli Manchester City. To, że nie wygrali z dobrze zorganizowanym w defensywie Birmingham można oczywiście zrozumieć, choć patrząc przed meczem na miejsce obu drużyn w tabeli powinniśmy się raczej spodziewać łatwego zwycięstwa gospodarzy. Pytanie jednak, jak tu zwyciężać, grając wciąż w tym samym ultradefensywnym ustawieniu, z jednym Tevezem na szpicy? Ile można złożyć na barki zmagającego się z problemami osobistymi Argentyńczyka? Czy ten klub naprawdę wydał tego lata 140 milionów na transfery, dokładając je do paru setek puszczonych z dymem podczas poprzednich okienek? Przed rokiem po 13 kolejkach zespół trenowany przez Marka Hughesa miał tyle samo punktów co teraz, a los walijskiego menedżera był już zdecydowany. Wiele można powiedzieć o drużynie prowadzonej przez Roberto Manciniego, ale nie to, żeby grała lepiej niż tamta. I trudno się dziwić sfrustrowanym kibicom MC, którzy wczoraj skandowali nazwisko Craiga Bellamy’ego: szybkości i woli walki wypożyczonego do Cardiff napastnika cholernie na City of Manchester Stadium brakowało.
Przykład najmocniejszy to oczywiście klęska Chelsea z Sunderlandem, odniesiona na Stamford Bridge. Wytarte angielskie powiedzonko „bad day at the office” w tym przypadku będzie bliższe dosłowności niż mogłoby się wydawać, bo „w biurze” od kilku dni brakuje Raya Wilkinsa, legendy klubu i dotychczasowego asystenta Carlo Ancelottiego. Owszem, dziś brakowało także Alexa i Terry’ego na środku obrony, a w pomocy Essiena, no i Lamparda, ale w końcu to wciąż była drużyna mistrza Angli…
Steve Bruce, który przed dwoma tygodniami przeżył najgorsze doświadczenie w swojej menedżerskiej karierze (upokarzającą porażkę z Newcastle), dziś zaryzykował: od pierwszej minuty postawił na duet Gyan-Welbeck, który tak dobrze radził sobie w drugiej fazie meczu z Tottenhamem (wygląda na to, że tamten remis nie był z perspektywy Kogutów takim złym wynikiem i że menedżer Sunderlandu jest kolejnym, po Harrym Redknappie, dowodem na to, że czasem warto postawić na ofensywę…). Obaj znakomicie współpracowali, a napastnik z Ghany, grający w jednej linii z obrońcami, stał się ich utrapieniem i katem. Dodajmy ciężko pracującego i utrzymującego tym razem w ryzach własną agresję Cattermole’a, a także świetnego Hendersona, zasłużenie powołanego do reprezentacji Anglii, dodajmy innego kandydata do kadry, Onuohę, który strzelił bajecznie piękną bramkę… W tej drużynie występuje jeszcze solidny bramkarz, Craig Gordon, i bardzo dobry środkowy obrońca, Michael Turner, ale tym razem nie musieli się specjalnie napracować: to pomocnicy i napastnicy Sunderlandu zabiegali na śmierć pewnych siebie gospodarzy. Steve Bruce przeżył najwspanialsze doświadczenie w swojej menedżerskiej karierze, a Carlo Ancelotti musi odpowiadać na nieprzyjemne pytania o niewątpliwie najgorszy mecz Chelsea, od czasu kiedy objął rządy w tej drużynie, a może nawet od czasu, gdy w Londynie pojawił się Roman Abramowicz.
Kryzys w Chelsea? Król jest nagi? Powiedziałbym raczej, że po prostu taką mamy ligę w tym sezonie. Powiedziałbym też, że w jakimś sensie upiekło się Royowi Hodgsonowi, którego Liverpool przegrał wczoraj ze Stoke równie zasłużenie jak Chelsea z Sunderlandem, a pierwsza bramka dla gospodarzy była z gatunku takich, które padają raczej w piłce amatorskiej: zanim Fuller trafił do siatki, oglądaliśmy w polu karnym Reiny dobrych kilka sekund bezładnej kopaniny. Moją uwagę zwróciło udogodnienie dla wyrzucającego mordercze auty Rory’ego Delapa – otóż za każdym razem chłopiec od podawania piłek przynosił pomocnikowi Stoke ręcznik do wytarcia futbolówki. Może ten ręcznik powinien rzucić Roy Hodgson, pomyślałem po drugiej bramce dla gospodarzy. Szczęściarz z tego Hodgsona, myślę teraz, oglądając w kolejnych serwisach zaciętą twarz Carlo Ancelottiego – to nie o nim będą w pierwszym rzędzie pisać angielscy dziennikarze.
Osobne dwa zdania należą się Arsenalowi, który na Goodison Park wykazał się – zresztą nie pierwszy raz w tym sezonie – determinacją i wolą walki, a kiedy Everton zdołał wreszcie przejąć inicjatywę, świetnie na linii spisywał się Łukasz Fabiański. Wyjazdowe zwycięstwo nad piłkarzami Davida Moyesa to nie byle co, pamiętamy jednak o ubiegłotygodniowej wpadce z Newcastle. Cóż, taki sezon: sezon remisów i sezon klęsk faworytów. Sezon, którego jeszcze nie było.
Skomentuj ~Stefan Anuluj pisanie odpowiedzi