Nie wiem, czy Wy też tak macie, ja mam tak na pewno: zawsze, kiedy patrzę na Arsenal i Barcelonę, przeżywam pokusę, żeby przestać mówić o piłce nożnej, a zacząć o literaturze, filmie, sztukach plastycznych, teatrze. Chrzanić te wszystkie pułapki ofsajdowe i wysoko, oj zdecydowanie za wysoko ustawioną linię obrony, olać kwestię ustawienia, pressingu i wolnego pola. Przejść na stronę metafory.
Przyznaję bez bicia: około 80. minuty wykasowałem kilkanaście mniej lub bardziej efektownych zdań o kontraście między Barceloną a jej angielskim klonem (czy też, jak zdążyłem napisać w okolicy 30. minuty, jej angielską podróbką). Wykasowałem uwagi na temat niezdolności do wyciągania wniosków z lekcji pobieranych w ubiegłym roku, a powiązanych przede wszystkim z zaangażowaniem całej drużyny w odbiór piłki, mający miejsce już przed bramką rywala i zmuszający do błędu jego obrońców. Pressing, szybkość i precyzja podań Barcelony w pierwszej fazie meczu tak samo jak przed rokiem zwalały z nóg człowieka przyzwyczajonego na codzień do oglądania Premier League; to właśnie w końcówce pierwszej połowy wymieniałem z redaktorem Mucharskim esemesy, z których wynikało, że stary Cruyff (przez Pepa Guardiolę) wymyślił futbol na nowo i uczynił z tej gry test na inteligencję. Niby było lepiej niż w tamtym legendarnym już meczu, kiedy w ciągu 20 minut Barcelona zrobiła z Arsenalu arcydietetyczną papkę, ale było lepiej tylko dlatego, że Messi psuł okazję za okazją (choć przyznajmy: raz czy drugi zakotłowało się także pod bramką Valdesa).
W niesłusznie niezauważonym nad Wisłą ubiegłotygodniowym wywiadzie dla „Guardiana” Xavi opowiada o filozofii gry swojej drużyny, o jej edukacji, o modelu wprowadzonym przez Cruyffa, a upostaciowionym w… grze w dziada („Najlepsze ćwiczenie: uczysz się odpowiedzialności i tego, jak nie tracić piłki. Jak stracisz, trafiasz do kółeczka. Pum-pum-pum-pum, zawsze bez przyjęcia. A jak jesteś w kółeczku, wszyscy się z ciebie nabijają. Lepiej nie być w kółeczku”). Mówi o szukaniu na boisku przestrzeni, ale też porównuje Arsenal i Barcelonę: „Różnica polega na tym, że u nas jest więcej piłkarzy, którzy myślą zanim zagrają, i robią to szybciej. Kluczem jest edukacja. Piłkarze ćwiczą tu 10-12 lat. Kiedy trafiasz do Barcelony, pierwsza rzecz, której cię uczą, to myślenie. Myśl, myśl, myśl. Szybko. Podnieś głowę, rozejrzyj się, znajdź wolne pole, popatrz, pomyśl. Rozejrzyj się, zanim jeszcze dostaniesz piłkę. Kiedy ją dostaniesz, musisz wiedzieć, który z kolegów jest nieobstawiony. Pum. Z pierwszej piłki. Weźmy takiego Busquetsa – najlepszego pomocnika w grze z pierwszej piłki. Przyjmuje, rozgląda się, gra z pierwszej piłki. Niektórzy potrzebują dwóch albo trzech dotknięć, ale zważywszy na to, jak szybki jest dziś futbol, to zbyt długo. Alves, z pierwszej piłki, Iniesta, z pierwszej piłki. Messi, z pierwszej piłki. Piqué, z pierwszej piłki, Busquets, ja… siedmiu albo ośmiu takich gości”.
Miałem ten wywiad w głowie przez całą pierwszą połowę, a i w drugiej do mnie wracał, ale w zupełnie innym kontekście: w drużynie Arsenalu był piłkarz jak ulał pasujący do opisu kapitana Barcelony, i nie był to Fabregas. Jack Wilshere, którego tyle razy wyśmiewał pod moimi wpisami niejaki Alasz, rozegrał może najlepszy mecz w życiu, a każdy jego ruch był jak ze scenariusza Xaviego. Pum-pum-pum-pum, pierwsza piłka, a kiedy się nie dało, to kilkanaście kroków z futbolówką przy nodze, szybkość, wyobraźnia, dziękujemy bardzo. Warto pamiętać, że chłopak przed rokiem o tej porze grał w Boltonie (gdzie grał wtedy Szczęsny, nie muszę przypominać).
Oczywiście to Barcelona pozostaje faworytem dwumeczu. Oczywiście to Katalończycy mieli przewagę w posiadaniu piłki, liczbie celnych podań, przechwytów, przechwytów na połowie przeciwnika i w tym wszystkim, w czym zawsze mają przewagę. A jednak tym razem nie wygrali. Tym razem także ich wysoko ustawiona linia obrony dała się zaskoczyć, ich bramkarz pozwolił sobie wbić piłkę przy krótkim słupku, ich defensywni pomocnicy zaspali przy szybkim kontrataku. Tym razem chłopaki z Arsenalu nie spękały, że zacytuję klasyka zajmującego się zupełnie inną tematyką: walczyły do końca, nawet ryzykując, że stracą kolejną bramkę (ale Barcelona tym razem była jakaś łaskawa, no i był Szczęsny…), ba: okazały się lepiej przygotowane fizycznie. Arsene Wenger ma święte prawo mówić o triumfie swojej filozofii: przed rokiem mówił, że na całym boisku, od bramkarza do środkowego napastnika, wszyscy piłkarze Barcelony byli od jego piłkarzy lepsi, szybsi, mocniejsi; że lepiej podawali. Tym razem już tak nie powie: nawet jeśli jego drużyna nie przejdzie dalej, zapamiętamy tę noc.
Skomentuj ~mewstg.blox.pl Anuluj pisanie odpowiedzi