Najgorsze (z perspektywy kibica MU) jest to, że nie było w tym meczu nic nadzwyczajnego. Ot, na stadion ligowego słabeusza przyjechała drużyna z czołówki i nie wysilając się zbytnio wywiozła trzy punkty. To znaczy owszem: wysiliła się na początku, w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund stworzyła trzy sytuacje, jedną wykorzystała (przed utratą bramki tylko dwóch zawodników gospodarzy zdołało dotknąć piłkę), potem przez kilkanaście minut pograła intensywnym pressingiem, rozbijając akcje gospodarzy już na ich połowie i odbierając im tym samym ochotę do gry. Ich rozgrywający, Silva się nazywał, przemieszczał się ze swobodą między liniami, które ustawił słabeusz, nieniepokojony w sposób każący się zastanawiać, czy w budżecie tegoż słabeusza jest w ogóle taka pozycja jak bank informacji. Nawet jedyna w gruncie rzeczy próba odpowiedzi – łokciem łobuza nazwiskiem Fellaini – była rodem gdzieś z ligowych dołów. Owszem, coś tam im się jeszcze trafiło raz czy drugi – np. okazja normalnie jednego z najlepszych ponoć zawodników tej drużyny, niejakiego Maty, w 40. minucie – ale były to raczej efekty chwilowego rozluźnienia zespołu przyjezdnego. Drugiego gola goście zdobyli już w sposób niezwykle, by tak rzec, ekonomiczny – po trywialnym stałym fragmencie gry, a trzeciego dorzucili w końcówce, kiedy kolejne zmiany dokonywane przez szkoleniowca gospodarzy kompletnie otworzyły im drogę do bramki.
Dziesiąta porażka – nigdy jeszcze w historii występów MU w Premier League nie naliczono ich aż tyle. Nigdy jeszcze w dwumeczu z „hałaśliwym sąsiadem” Czerwone Diabły nie wypadały aż tak blado. Chyba nigdy jeszcze indywidualne wysiłki (Welbeckowi czy Rooneyowi, a także Macie nie można przecież zarzucić, że nie próbowali, de Gea tradycyjnie ratował zespół przed porażką jeszcze wyższą) nie rozpływały się w kolektywnej niemocy o aż takiej skali. Gdyby chcieć się pastwić nad poszczególnymi zawodnikami, można by oczywiście zacząć od wspomnianego już, przerażająco wolnego Fellainiego (znów za plecami napastnika – przy Macie ustawionym początkowo z prawej). Można by skupić się na Ferdinandzie i jego zachowaniu przy, również wspomnianym, rzucie rożnym. Można by się zastanawiać nad sensownością wydelegowania do gry w tym meczu Cleverleya, jego ustawianiem się na boisku podczas ataków rywali i jego pożal się Boże prób wykreowania ataków własnej drużyny. Można by zaglądać w statystyki niecelnych podań nawet Carricka i Maty, albo przyjrzeć się dośrodkowaniom Rafaela. Można by mówić już nie o jednostkach, ale o poszczególnych formacjach – np. o tym, jak radzili sobie Fellaini, Carrick i Cleverley w konfrontacji z Jesusem Navasem, Nasrim, Silvą i Toure, i czy w ogóle (pytanie do trenera) poradzić sobie mogli.
Ale pastwienie się nad United wydaje się w tym sezonie zadaniem zbyt już łatwym, podobnie jak chwalenie w City odbiorów Fernardinho, rajdów Toure, gry z piłką i bez piłki Silvy albo szybkości Navasa. Wiele się mówiło i pisało o tym, że Ussain Bolt marzy o tym, żeby zagrać kiedyś w Manchesterze United, może nawet by się przydało, bo szybkość w tym sezonie nie jest mocną stroną mistrza Anglii. Podobnie jak – strach powiedzieć, ale trzeba, kiedy się patrzy na takiego Davida Silvę – inteligencja. Kiedy rywalem nie jest West Ham, tak to się właśnie kończy.
A teraz wyobraźcie sobie, że na stadion ligowego słabeusza przyjeżdża Bayern. Albo niczego sobie nie wyobrażajcie, po prostu w te pędy szukajcie gdzieś retransmisji dzisiejszego popisu drużyny Guardioli w spotkaniu z Herthą, Ja właśnie to robię.
Skomentuj ~michal77 Anuluj pisanie odpowiedzi