To właściwie może być jeden z lepszych cytatów kończącego się sezonu: Rafa Benitez mówi, że Manchester United wcale nie był najlepszy, on po prostu zdobył najwięcej punktów. A zdobył ich najwięcej dlatego, że najwięcej wydaje na piłkarzy (w tej akurat kwestii można by się zresztą pospierać: Alex Ferguson w ubiegłe wakacje kupił Berbatowa i dwóch Serbów, którzy na razie nie znaleźli miejsca w pierwszym składzie; pieniądze wydane na Bułgara dają się porównać z tymi, które wydał Benitez, no chyba że Hiszpan zapomniał już o 20 milionach, które zainwestował w Robbiego Keane’a…).
Cóż, każdy ma swoją teorię. Moja jest taka, że Ferguson najlepiej zarządza składem, który ma do dyspozycji, cały czas utrzymując w gotowości zarówno gwiazdy, jak i młodzież (po co wielkie zakupy, skoro można stopniowo wprowadzać Rafaela, Evansa, Fostera, Welbecka, a ostatnio Machedę). Rotacja, durniu – mógłby powiedzieć do Beniteza, któremu przecież ten element menedżerskiej sztuki nie jest obcy, choć w tym roku stosował go jakby rzadziej. Rotacja jako sposób utrzymywania piłkarzy w formie przez rekordowy sezon w historii klubu: 66 spotkań rozgrywanych w ciągu 290 dni.
Mam w swoich fiszkach opowieść Steve’a McClarena, który przez lata był asystentem Fergusona. Były trener reprezentacji Anglii od sir Alexa nauczył się, że sezon tak naprawdę zaczyna się na 10 meczów przed końcem. To jak uprawianie biegów długodystansowych: musisz umieć przez cały czas utrzymać się wśród najlepszych, ale prawdziwą twarz pokazać na finiszu. Jeśli nie potrafisz stosować rotacji – mówi McClaren – w kwietniu, na 10 meczów przed końcem, masz kompletnie dosyć (patrz: Aston Villa).
Tyle że jeśli ją stosujesz, musisz jeszcze umieć wytłumaczyć piłkarzowi będącemu u szczytu formy, strzelającemu gola za golem, dlaczego ni stąd ni zowąd siada na ławce (podobnie jak musisz wytłumaczyć siedzącemu na ławce, jak wiele może od niego zależeć – najlepszy przykład to oczywiście Sheringham i Solsjkaer w finale Ligi Mistrzów 1999). „Piłkarze nigdy nie myślą, że potrzebują odpoczynku – kontynuuje McClaren. – Jeśli są zdrowi, chcą grać. To właśnie czyni pracę menedżera tak delikatną: musisz obserwować drużynę bardzo uważnie, wypatrując najdrobniejszych objawów zmęczenia. Bycie menedżerem oznacza umiejętność czytania ludzi równie mocno jak umiejętność prowadzenia treningu czy opracowywania taktyki”.
Ferguson patrzy oczywiście na statystyki: kto ile przebiegł itd., i jak to się zmienia z meczu na mecz. Ale przede wszystkim patrzy właśnie na ludzi. Wie, że rotacja ich nie uszczęśliwia, ale nie dba o to, a raczej uważa to za nieuniknione: „Wolę takich, co są źli, że nie grają, niż takich, którym grzanie ławy odpowiada”. Zaczął bodaj po feralnej wpadce w Lidze Mistrzów 1993/94 (odpadli w pojedynku z Galatasaray), kiedy okazało się, że nie sposób grać wciąż tą samą jedenastką na wszystkich frontach – i wprowadził młodych Beckhama, Giggsa, braci Neville’ów czy Butta na mecze Pucharu Ligi. Patrick Barclay, którego obserwacjom ten tekst wiele zawdzięcza, podaje, że w niezapomnianym sezonie 1998/99 tylko 9 piłkarzy MU rozgrało więcej niż 30 meczów ligowych (McClaren dopowiada, że Schmeichel i Beckham zostali nawet w trakcie tamtej kampanii wysłani na krótkie wakacje). Dziś ta liczba wynosi… trzy. Jeśli zaś brać pod uwagę także rozgrywki pucharowe: na 64 rozegrane dotąd mecze jedyny Vidić wychodził 50 razy w pierwszym składzie, a tylko szóstka piłkarzy grała od początku w ponad 40 meczach. Dobrym przykładem może być Carrick: 36 razy w pierwszym składzie i 6 razy z ławki (a piłkarz roku Giggs – odpowiednio 27 i 19). W sumie Ferguson skorzystał z 34 piłkarzy, ani razu nie wystawiając w dwóch kolejnych meczach tej samej jedenastki. Patrick Barclay podsumowuje: w ciągu dekady team game zmieniła się w squad game.
Z tej perspektywy wszystko wydaje się zrozumiałe. Wściekłość Ronaldo, schodzącego z boiska podczas meczu z MC. Spokój Fergusona, ignorującego kibicowskie monity w sprawie zatrzymania w klubie pewnego Argentyńczyka. Wielka rola w drużynie piłkarzy pozornie nieefektownych, jak Fletcher, Park czy O’Shea. Harówka Rooneya. Genialne podania Carricka. Niemal perfekcja pary stoperów Ferdinand-Vidić. Świetne wejścia Teveza. Obecność wśród najlepszej ósemki kończącego się sezonu szóstki piłkarzy MU…
Naprawdę jestem pełen podziwu dla Rafy Beniteza za to, jak próbował dotrzymać kroku Czerwonym Diabłom, ale cytowaną na początku wypowiedzią trafił jak Rory Delap do bramki Wigan: niby piłka w siatce, ale wrzucona bezpośrednio z autu. Gola nie ma, jest za to kupa śmiechu.
Skomentuj ~dzino Anuluj pisanie odpowiedzi