„Rozgrywanie wyszło z mody zaraz po jedwabnych szalikach i tuż przed nadmuchiwanymi bananami” – powiada Nick Hornby, przeciętny pisarz, ale niezrównany kronikarz futbolowej obsesji. I kontynuuje: „Większość kibiców, właściwie wszyscy, ogromnie nad tym ubolewa. Chyba mogę powiedzieć w imieniu nas wszystkich, że lubiliśmy rozgrywanie piłki”.
To fragment felietonu poświęconego odejściu z Arsenalu Liama Brady’ego (co nastąpiło, przypomnijmy, w roku 1980), ale prawie 30 lat później kwestia pożegnania z rozgrywającym nie przestała być aktualna. Co to za pożegnanie, jeśli trwa tyle lat, mógłby ktoś powiedzieć, ale chyba się zgodzimy, że we współczesnej piłce miejsca dla następców Brady’ego zrobiło się jakby mniej.
Temat pojawił się w dyskusji pod moim poprzednim wpisem, w związku z bardzo dobrym występem Michaela Carricka w meczu reprezentacji Anglii. Carrick to bowiem jeden z ostatnich: człowiek, który kontroluje wydarzenia na boisku, widzi i potrafi przewidzieć ruch partnera, a potem podaje mu piłkę do nogi, nawet jeśli dzieli ich odległość kilkudziesięciu metrów… Nie jest szybki, nie drybluje, nie zawsze trafia ze wślizgiem i często strzela Panu Bogu w okno, a przecież wszystkie te braki równoważy jedną umiejętnością: podawania piłki właśnie.
Ile przeżyć może dostarczać Prawdziwy Rozgrywający świetnie wiedzą kibice Tottenhamu, którzy wciąż nie przestają tęsknić za Glennem Hoddle’m, a ostatnio w roli jego następcy (i następcy Carricka zarazem) obsadzają młodego Toma Huddlestone’a. „Dyrygent”, powiadają, „reżyser”, powiadają, mimo upływu lat wciąż zachwycają się „artyzmem” jego dośrodkowań i wielkością jego „wizji”. Hornby zauważa, że przymiotniki, którymi opisuje się rozgrywających: „elegancki”, „subtelny”, „finezyjny”, mogą równie dobrze określać poetę…
Dlaczego Prawdziwi Rozgrywający są na wymarciu? Od czasów Patricka Viery w cenie są raczej box-to-box players: atletyczni, wybiegani, bardziej z siłą niż z wizją, a w każdym razie ze zdolnością powstrzymywania tamtych z wizją. Nie mówię, że trudno to zrozumieć: jeśli opierasz grę na jednym piłkarzu, musisz się liczyć z tym, że przeciwnik znajdzie sposoby na utrudnianie mu życia. Z drugiej strony kluczowe podanie geniusza trafia do celu nawet jeśli przeszkadza mu trzech defensywnych pomocników…
Carrick nie jest na szczęście jedynym Prawdziwym Rozgrywającym w Premiership: wspanialszym jeszcze okazem ginącego gatunku jest Cesc Fabregas. O tym, jak cholernie brakowało go podczas dzisiejszego meczu z Manchesterem City, nikogo nie trzeba przekonywać. Zwłaszcza, że brakowało jeszcze kogoś – i nie mam na myśli kontuzjowanych Adebayora i Walcotta…
O kontrowersyjnym wywiadzie, który spowodował odsunięcie od składu Williama Gallasa, zdążyli już napisać i Rafał Stec, i Michał Pol, i Michał Szadkowski. Wszyscy trzej różnią się między sobą – nic dziwnego, że i ja będę się z nimi różnił. Problem przecież w tym, że tak naprawdę Arsenal gra bez kapitana od wielu miesięcy. Jeśli nie pamiętacie zachowania Gallasa po końcowym gwizdku dramatycznego meczu z Birmingham, obejrzyjcie filmik na YouTube, zatytułowany „Najgorszy kapitan świata”. To fragment Match of the Day, gdzie Alan Hansen najsłuszniej na świecie znęca się nad postawą Francuza. Jaki przykład daje otaczającym go młodzikom frustrat, usiłujący kopnąć banner reklamowy albo szlochający na murawie?
Innymi słowy: dobrze jest mieć rozgrywającego, a jeśli nie ma się rozgrywającego – to chociaż kapitana drużyny z prawdziwego zdarzenia, przywódcę, który potrafi zmotywować, dodać otuchy, kiedy nie idzie, a nade wszystko: świecić przykładem. Przy moich nieustających zachwytach nad Arsenalem, ta kwestia rzuca mi się w oczy od miesięcy: brak kogoś, kto potrafiłby pozbierać dzieciaki do kupy. Tony Adams potrzebny od zaraz. Znaczy kapitan.
PS To jeszcze nie koniec o wydarzeniach weekendu.
Skomentuj ~nth Anuluj pisanie odpowiedzi