Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości (od razu przyznaję: ja miałem), musiał się ich pozbyć niedługo po rozpoczęciu drugiej połowy. W ciągu pierwszych 45 minut Manchester United nie potrafił wprawdzie narzucić Barcelonie swoich warunków, ale w walce o środek pola jakoś neutralizował zagrożenie z jej strony. Po zejściu Andersona i zmianie ustawienia na bardziej ofensywne, neutralizować przestał: Xavi i Iniesta – ludzie, którzy czynią Barcelonę piękną, związani z tym klubem od jedenastego i dwunastego roku życia wychowankowie szkoły „przyjmij, podaj, pokaż się, przyjmij, podaj, pokaż się”, a dziś niekwestionowani piłkarze meczu – panowali na boisku bezapelacyjnie.
Czy musiało tak być? Może nie, gdyby piłkarze Manchesteru nie zmarnowali okazji z drugiej minuty, kiedy po wolnym Ronaldo Valdes wypuścił piłkę, a Park usiłował ją dobijać. Banalna, znana wszystkim prawda: w meczu o taką stawkę możesz dostać tylko jedną szansę – umiej ją wykorzystać. Kilka minut później Eto’o umiał uciec Vidiciowi, po pierwszej w miarę groźnej akcji Katalończyków zrobiło się 1:0, a równocześnie runął cały pomysł Fergusona na ten mecz: oddawania inicjatywy Barcelonie i gry z kontry.
Niecelnie podający Carrick, rozkojarzony Vidić, nieskuteczny i samolubny Ronaldo, odizolowany Rooney (dodajmy jeszcze niepotrzebnie ostro faulującego Scholesa) – w machinie mistrzów Anglii właściwie żaden z trybów nie funkcjonował prawidłowo. Barcelona zaś? Po ostrożnym początku grała po prostu to, co zwykle w tym sezonie, z istotną wszakże różnicą: Messi schodził do środka, robiąc Eto’o miejsce po prawej stronie, co wprowadzało w liniach obronnych Manchesteru dodatkowy chaos i miało bezpośredni związek z utratą obu bramek. Zwłaszcza przy golu Eto’o wybranemu właśnie najlepszym piłkarzem Czerwonych Diabłów Vidiciowi powinien przypomnieć się pierwszy koszmarny występ w tym sezonie: przeciwko Liverpoolowi na Old Trafford. A Rooney musiał się zżymać, po co właściwie gra przy bocznej linii, skoro Messi, którego miał powstrzymywać, hula gdzieś przed polem karnym. Tyle się mówiło o zdziesiątkowanej obronie Katalończyków – kłopot w tym, że właściwie nie została przetestowana.
Jak grać przeciwko Barcelonie? Jedynym, który sprawiał wrażenie, że potrafi, pozostaje Guus Hiddink. Tyle że trener Chelsea nie musiał gonić wyniku – w pierwszym spotkaniu grał na remis, w drugim do ostatnich sekund bronił korzystnego rezultatu. Myślę o dzisiejszej bezradności Alexa Fergusona i czuję, że powinienem podzielić się z Wami intymnym w gruncie rzeczy przeżyciem: patrzyłem na twarz szkockiego menedżera, kontemplowałem stan jego dziwnej nieobecności i uświadamiałem sobie, że widzę człowieka starego. Intymne przeżycie, bo skojarzone z bolesnym przeczuciem czekającej cię samotności, kiedy odkrywasz, że twój ojciec, twój szef, a niechby i papież, nie jest już tamtym supermanem sprzed lat, że nagle brakuje mu energii i świeżości pomysłów. A jeszcze jak zestawić to z bezwstydną młodością Guardioli…
W gruncie rzeczy dziś bardzo łatwo o puentę. Zwycięstwo Barcelony zasłużone i odniesione w okolicznościach niekontrowersyjnych (brawo sędzia!), wybór Messiego na najlepszego piłkarza Europy – przesądzony, chyba że jurorzy nieoczekiwanie będą woleli Iniestę. „Byli lepsi” – powtarzają chórem Alex Ferguson i jego piłkarze, osiągając tu rzadką zgodność z dziennikarzami i miliardem kibiców z całego świata. Karuzela, której obawiał się Szkot, kręciła się bez przeszkód. Dżentelmeni nie dyskutują o faktach.
Dodaj komentarz