Najnudniejsza liga świata? A z której strony? Za nami druga kolejka – bardzo dobra do analizy, bo w pewnym sensie przeciętna: bez starć gigantów i z jednym tylko pojedynkiem derbowym, nienajwyższego zresztą kalibru. Mamy początek rozgrywek, do zamknięcia okienka transferowego został tydzień, piłkarze wchodzą dopiero w sezon. Słowem: mnóstwo niewiadomych i jeszcze więcej zaskoczeń.
Weźmy typowania Marka Lawrensona, przed laty świetnego obrońcy Liverpoolu, a obecnie równie szanowanego, jak nielubianego eksperta BBC: w pierwszej kolejce trafił sześć wyników, w drugiej już tylko trzy (piszę to przed poniedziałkowym meczem Portsmouth-MU, w którym przepowiadał remis). Bo i rzeczywiście: kto się spodziewał, że rewelacyjna w pierwszej kolejce Aston Villa polegnie w meczu ze Stoke, które przecież według powszechnego przekonania ma w tym roku spaść z ligi? Kto się spodziewał wyjazdowego remisu Hull w meczu z Blackburn albo tego, że Fulham wygra z Arsenalem? Kryzys Manchesteru City nie okazał się tak wielki, jak wielu z nas prorokowało, podobnie jak odrodzenie West Hamu nie tak pewne, jak mówiło się tydzień temu. Nawet oglądając mecz Liverpoolu nie sposób było się nudzić, choć w tym przypadku wynik był zgodny z przewidywaniami Lawrensona.
Wszystko to bardzo ciekawe. Z jednej strony mamy Liverpool, o którym czytelnicy tego bloga wygłosili wiele złośliwości pod wpisem omawiającym pierwszą kolejkę. Czy nie powinni teraz tych złośliwości odwołać? Zgoda: zespół Beniteza nie grał dobrze i zasłużenie przegrywał aż do 86 minuty (ach, gdyby po akcji Mido i zwodzie Tuncaya a la Bergkamp padł jeszcze jeden gol dla gości…), ale mimo to potrafił postawić na swoim – podobnie zresztą jak Chelsea w niespodziewanie trudnym meczu z Wigan. Mentalność zwycięzcy to element konieczny do sięgania po zwycięstwo…
Z drugiej strony mamy grający zazwyczaj najpiękniejszy futbol świata Arsenal: serie koronkowych podań tym razem nie przekładały się na sytuacje bramkowe albo van Persie i Adebayor pudłowali. Wśród Kanonierów wyraźnie brakowało kontuzjowanego Fabregasa, a drużynie Fulham, jak powiedział po meczu Arsene Wenger, „ewidentnie zależało bardziej”. To nie pierwszy w ostatnich sezonach przypadek, kiedy Arsenalowi nie dostaje właśnie woli walki – szczególnie gdy teoretycznie słabszy rywal nadrabia bardzo ostrą grą (Pantsil powinien dostać czerwoną kartkę za faul na Eboue).
Nikt nie lubi w pierwszych tygodniach sezonu grać z beniaminkami: ta prawidłowość sprawdziła się we wszystkich trzech przypadkach, bo i Everton musiał walczyć do końca o punkty z West Bromwich Albion. Dla mnie oglądanie nowych drużyn w Premiership to frajda podwójna: po pierwsze zostawiają na boisku jeszcze więcej serca niż pozostali, po drugie uwielbiam wyzwanie, jakie niesie ze sobą przyspieszona nauka nowych nazwisk (czy zwróciliście np. uwagę na Michaela Turnera, obrońcę Hull?). I to nieprawda, że grają brzydki futbol: owszem, podczas meczu Stoke rzucały się w oczy 40-metrowe (!) wyrzuty z autu Rory’ego Delapa, ale ze zwodu i bramki Ricardo Fullera już nie sposób się nabijać.
Pisząc o Tottenhamie muszę ważyć słowa. Łatwo przybrać sarkastyczny ton i dywagować, z kim tym razem spotykają się działacze tej drużyny (przed rokiem, po równie fatalnym początku sezonu, podjęli potajemne rozmowy z Juande Ramosem, kiedy menedżerem zespołu był Martin Jol – gdy prasa to wyśledziła, Holender nie miał już szans na normalną pracę). Równie łatwo pozwolić sobie na gorycz i mówić, że w przypadku Tottenhamu zawsze po kroku naprzód następują dwa kroki w tył: cóż z tego, że drużynę zasilają Bentley, Dos Santos czy Modrić, skoro odchodzą Keane i – jak wszystko na to wskazuje – Berbatow? Czy nie podobnie było przed dwoma laty, kiedy przychodził Berbatow, ale odchodził Michael Carrick? Albo jeszcze dawniej, gdy kupowano Rebrowa, ale z zespołem żegnał się Sol Campbell? Starzy kibice znają to na pamięć: drużyna wydaje się prawie kompletna, prawie gotowa do walki o mistrzostwo, aż tu nagle wypada z niej Klinsmann, albo Gascoigne, albo Hoddle… Starzy kibice mają najlepiej: z fatalistycznym poczuciem humoru powtarzają sobie, że przeżyli już dwadzieścia jeden nieudanych sezonów ligowych i osiemnaście klęsk w Pucharze Anglii (wszystko jedno, w której rundzie) i zaczynają myśleć o przyszłorocznych wakacjach. I nawet jeśli starzy kibice widzą rzeczywistość zbyt czarno, to przecież dziś już chyba nikt nie będzie twierdził, że Tottenham może przedrzeć się do pierwszej czwórki, ba: mimo iż to sam początek sezonu, problematyczne wydaje się mówienie o miejscu dającym grę w europejskich pucharach.
Duet napastników Berbatow-Keane był jednym z najlepszych w Premiership; oprócz skuteczności Bułgar i Irlandczyk imponowali grą bez piłki i niemal telepatycznym porozumieniem. Mający ich zastąpić Darren Bent nawet jeśli potrafi strzelać bramki, jest piłkarzem o wiele bardziej przewidywalnym dla obrońców i stąd przy całej kreatywności drugiej linii, zagrożenie jakie stwarza Tottenham w tym sezonie jest na razie minimalne (i po co było sprzedawać zimą Jermaina Defoe do Portsmouth?).
Po tym, co się stało w sobotę (Ramos usunął ze składu „nieobecnego duchem” Berbatowa) wydaje się, że klamka zapadła: Bułgar nie wróci już na boisko w barwach Tottenhamu. Jak powiedział zwycięski na White Hart Lane Roy Keane, gdyby coś takiego wydarzyło się w jego drużynie, osobiście odwiózłby pragnącego odejść gwiazdora, gdzie tylko by sobie zażyczył: żaden piłkarz nie może być większy niż klub. Szkoda tylko stylu, w jakim to odchodzenie się odbywa. Sir Alan Sugar przypomniał w tych dniach wypowiedź Berbatowa z czasu, kiedy ten podpisywał kontrakt z Tottenhamem: że to klub, któremu kibicował od dziecka…
Zanim jednak nasza ocena zachowania bułgarskiej supergwiazdy stanie się zbyt jednoznaczna, zwróćmy uwagę na pewien paradoks. Wiele wskazuje na to, że na miejsce Berbatowa w Londynie pojawi się Andriej Arszawin. Warto pamiętać, że przez ostatnie tygodnie historia tych dwóch piłkarzy przebiegała identycznie – obaj myśleli o odejściu i nie przykładali się do treningów, obaj nie znaleźli się w składzie na weekendowy mecz swoich drużyn dlatego, że mieli głowy kompletnie gdzie indziej… Powiedzcie mi jeszcze raz, że to nie piłkarze rządzą tym światem…
Po pierwszej kolejce nie nastawiałem się, że będę pisał o lidze angielskiej co tydzień. Ale dyskusja, która rozpętała się pod tamtym wpisem, trochę mnie rozpuściła. Rozmawiajmy dalej.
Skomentuj ~Bartek Anuluj pisanie odpowiedzi