Meczu zapierającego dech w piersiach jeszcze w tym sezonie nie obejrzeliśmy. Na pewno nie okazało się nim sobotnie spotkanie na Old Trafford, jak dla mnie pokazujące przede wszystkim cenę, którą trzeba płacić za Wengerową koncepcję futbolu: jego genialni chłopcy popełniają głupie błędy częściej niż piłkarze innych drużyn czołówki. Nie żeby tamci ich nie popełniali, ale w wydaniu tamtych nie mają one tak spektakularnego charakteru. Zawodnicy Arsenalu bowiem albo niespodziewanie potykają się na piłce, albo podają ją pod nogi przeciwnika (biedny Clichy…), albo – jak wczoraj Abu Diaby – przez nikogo nie atakowani po prostu pakują ją do własnej bramki. Z tak zwanego przebiegu gry Arsenal nie zasłużył na porażkę w meczu z Manchesterem United, ale jeśli chce serio myśleć o mistrzostwie, jego piłkarze muszą pracować nad koncentracją . Ot paradoks: do tej pory prezentowali najlepszy futbol w tym sezonie, a przecież punktów zgromadzili tyle samo, co grający o klasę gorzej Manchester United.
Manchester, w którym zwraca uwagę przede wszystkim spadek formy Michaela Carricka (zaszarżuję: moim zdaniem równie dla Czerwonych Diabłów dotkliwy, co odejście Ronaldo), nieco tylko równoważony przez fenomenalną jak na możliwości tego gracza postawę Darrena Fletchera. Obok ciężko pracującego Rooneya Szkot jest bodaj jedynym powodem, dla którego fani Czerwonych Diabłów mogą się czasem uśmiechać – widać już wyraźnie, że przed nimi długi i ciężki sezon. No, śmieją się oni również z Arsene’a Wengera, odesłanego na trybuny za furiackie kopnięcie butelki po nieuznaniu gola van Persiego (spalony Gallasa był oczywisty). „Nie wiedziałem, że nam tego nie wolno. Przecież to było całkiem niezłe uderzenie” – ironizował później Francuz. Jak to dobrze, że Arszawin uderzył lepiej…
Ustawieniu MU, z jednym napastnikiem, można się było dziwić, ale mimo kiepskiej pierwszej połowy Ferguson był konsekwentny – Giggsa przesunął po prostu nieco bliżej Rooneya, co poskutkowało tym jednym zagraniem, po którym Almunia faulował Anglika (pod poprzednią notką rozgorzał gorący spór na temat tego incydentu, i środowego upadku Eduardo – przyznam, że spodobała mi się puenta, sformułowana przez Darka638: „Dla mnie wydarzenia na boisku nie mają charakteru czarno-białego. Mam wątpliwości. Kto mówi, że ich nie ma lub że problemu nie ma, krzywdzi ten sport”). „Cały tydzień ćwiczyliśmy to podanie” – mówił potem sir Alex. – „I raz wyszło”.
Tym razem nie doszło do starcia między menedżerami. Francuz tłumaczył to niedawno pragmatycznie (przestaliśmy Manchesterowi zagrażać, teraz Ferguson wojuje z Benitezem), ale interesującą interpretację przeczytałem też u Olivera Kaya: Fergusona i Wengera łączy swego rodzaju idealizm, traktowanie piłki trochę jak sportu, trochę jak sztuki, co odróżnia ich choćby od „naukowców” Beniteza czy Mourinho.
Chorwaci, strzeżcie się Birmingham. To a propos złamanej nogi Modricia (a wcześniej Eduardo, z tym samym rywalem) i meczu Tottenhamu, o którym przed sezonem myślałem, że będzie dopiero pierwszym wygranym, a który o mały włos nie zakończył się stratą punktów. Birmingham, grające z upakowaną drugą linią w systemie 4-5-1, przez długie minuty nie pozwalało gospodarzom na rozwinięcie skrzydeł, a po doprowadzeniu do remisu całkiem dobrze przetrzymywało piłkę. Najwyraźniej jednak Harry’emu Redknappowi udało się odmienić psychicznie zespół z White Hart Lane: kiedy przegrywają, potrafią odrobić straty i wygrać (casus meczu z West Hamem), kiedy tracą prowadzenie, odzyskują je szybko (Liverpool), a choćby i w ostatnich sekundach (Birmingham). Jeszcze nie tak dawno to Tottenham regularnie tracił bramki w okolicach 90. minuty… Dobrze, że teraz dwa tygodnie przerwy: może kontuzjowani Woodgate, Dawson i Jenas zdążą się wyleczyć, bo wiadomo już, że wczorajsze kontuzje Kinga i Modricia są poważne. Wprawdzie losy tego akurat meczu odmieniło zejście Chorwata: nieco mniej skomplikowany styl gry na głowę wprowadzonego w jego miejsce Croucha okazał się skuteczniejszy niż wysublimowane podania po ziemi, ale przed Tottenhamem bez Modricia ciężkie spotkania z MU i Chelsea, z którymi banalność nie przejdzie. David Bentley i Giovani dos Santos zacierają ręce, bo to pewnie któryś z nich otrzyma szansę na skrzydle (inna możliwość: przesunięcie do drugiej linii Robbiego Keane’a, okazała się jego przekleństwem w Liverpoolu).
Rafa Benitez, który w tygodniu nie zawahał się skrytykować Stevena Gerrarda, tym razem może mieć powody do zadowolenia – jego zespół wreszcie pokazał, że potrafi walczyć. Co się zaś tyczy Chelsea i Manchesteru City, to wciąż mam poczucie, że ich forma nie została zweryfikowana przez naprawdę poważnego przeciwnika. Jak wiadomo menedżer Liverpoolu przed każdym sezonem podejrzewa komputer układający terminarz o udział w spisku, mającym utrudnić jego drużynie gładkie wejście w rozgrywki – tym razem spisek ów z pewnością mógłby faworyzować właśnie Chelsea i MC. Mówiąc o City dwie rzeczy trzeba jednak podkreślić: wygrywają też na wyjazdach i nie tracą bramek. Machina Chelsea zaś, naoliwiona przez Carlo Ancelottiego, funkcjonuje tak, jak można by oczekiwać, cóż… od mistrzów kraju.
Pierwsza dłuższa przerwa w rozgrywkach to dobra okazja do pierwszych podsumowań. Na pewno słowa Alana Hansena, że w takim czasie nie wygrywa się mistrzostwa, ale z pewnością można je stracić, nie znajdują zastosowania: wszyscy faworyci mają co najmniej 6 punktów. Trudno też mówić o kandydatach do spadku: pozostające bez zwycięstwa Bolton i Portsmouth wypadły całkiem nieźle w meczach z bardzo trudnymi rywalami, w dodatku zespół z Południa ma wreszcie właściciela i nadzieję na kilka wzmocnień. Cieszy postawa i punkty beniaminków, robi wrażenie forma Arszawina i Adebayora, choć – jak było na początku – meczu zapierającego dech w piersiach jeszcze nie obejrzeliśmy.
A transfery? O nich, mam nadzieję, będziemy rozmawiać we wtorkowy wieczór, kiedy będzie się zamykać okienko. To dobra tradycja tego bloga: pamiętacie gorączkę tej nocy, kiedy Berbatow stał się ostatecznie piłkarzem MU, a nowi właściciele MC usiłowali kupić pół Europy? Teraz pewnie podobnych emocji nie będzie, ale pogadać zawsze warto. Zapraszam.
Skomentuj ~nick Anuluj pisanie odpowiedzi