Jest wiele powodów do frajdy z awansu Islandczyków, ale założę się, że nie zgadniecie, który cieszy mnie najbardziej. Że zobaczymy na Euro Gylfiego Sigurdssona? Pudło, lubię go wprawdzie bardzo, ale jest to sympatia podszyta melancholią, że powiększył tę gigantyczną grupę zawodników, którym nie poszło w Tottenhamie. Że mówimy o Kopciuszku, co to ma wszystkiego 21 508 zarejestrowanych piłkarzy, czyli trzy razy mniej niż np. Małopolski Związek Piłki Nożnej, a to 21 tys. daje ponad 7 proc. ludności wyspy? Niby fakt: drugiego tak gruntownie spiłkarszczonego kraju ze świecą szukać, zważywszy jeszcze, że warunki atmosferyczne na Islandii nie należą (delikatnie mówiąc) do najlepszych, ale we mnie budzi to raczej przerażenie, bo wyobrażam sobie natychmiast, że to tak, jakby na Euro jechała łączona reprezentacja Podgórza i Nowej Huty. Kiedy czytam w „Guardianie”, że do Holandii (zarejestrowanych piłkarzy: 1 138 860), na kluczowy mecz, wygrany w piątek przez Islandczyków 1:0, pojechały 3 tysiące kibiców, to uświadamiam sobie, że mówimy o jednym procencie populacji. Kiedy dociera do mnie, że awans świętowało 10 tysięcy ludzi, to myślę o trzech procentach i wyobrażam sobie grubo ponad milion Polaków bawiących się na Błoniach z powodu sukcesu naszej reprezentacji.
Już prędzej powinna mnie cieszyć możliwość dania tu budującej, pozytywistycznej wręcz przypowiastki o pracy u podstaw, jaką wykonała w ciągu ostatniej dekady tamtejsza federacja, ale zrobiłem to prawie dwa lata temu w Sport.pl, przy okazji barażowego boju Islandczyków z Chorwatami o awans na mundial (wtedy się jeszcze nie udało). Historia zaiste jak ze szkolnej czytanki, i nie zaczyna się bynajmniej od zatrudnienia trenera z zagranicy: mamy w niej determinację reformatorów, którzy doprowadzają do budowy siedmiu pełnowymiarowych boisk pod dachem, co pozwala grać w piłkę także podczas niesprzyjającej pogody (czyli, nie oszukujmy się, przez większą część roku – wcześniej było to możliwe przez cztery-pięć miesięcy). Ponad sto mniejszych obiektów ze sztuczną nawierzchnią powstaje przy szkołach. Liczba dyplomowanych trenerów wzrasta od 2000 r. siedmiokrotnie; nawet pięcio-sześciolatki uczą się gry w piłkę pod okiem trenerów z licencją „B” („Są prawdopodobnie najlepsi na świecie” – mówi o szkoleniowcach islandzkich dzieci asystent Larsa Lagerbacka, Heimir Hallgrimsson). Młodzież szybko dostaje szansę debiutu (w miejscowej lidze grają już 16-18-latkowie) i szybko zaczyna się ze sobą zgrywać, w dodatku w tak małym kraju żaden talent nie przejdzie niezauważony – dziś potwierdzają to reprezentanci, mówiący, że trenują ze sobą tak długo, iż znają się na wylot. „Odkąd mamy po 16 lat, gramy ciągle na jednej pozycji. Doskonale znamy swoje role na murawie. Mamy przećwiczone wszystkie warianty” – to Rurik Gislason. Choć do kadry powoływany bywa jeszcze Eidur Gudjohnsen, to trzon obecnej reprezentacji stanowi ekipa z młodzieżowych mistrzostw Europy w 2011 roku; roczniki 89-92, nazywane tu „złotym pokoleniem”.
Może więc chodzi o postać trenera, wspomnianego Larsa Lagerbacka, którego tyle razy bezskutecznie przymierzaliśmy do polskiej kadry, nawet w ostatnich latach z zazdrością śledząc postępy, jakich dokonywała pod jego wodzą reprezentacja Islandii; sfrustrowani, że to u nich, a nie u nas? W październiku 2011, kiedy Lagerback przenosił się do Rejkiaviku, myśmy byli jeszcze przed niesławną kadencją Waldemara Fornalika, w której trakcie idea zatrudnienia trenera z zagranicy wracała do nas równie często, jak fantazja o kolejnym występie polskiej drużyny w Lidze Mistrzów. Czyli dość często.
I tutaj, jak mi się zdaje, dochodzimy do sedna. Tak, właśnie: nie zgadliście. Najbardziej w tym triumfie Islandczyków cieszy mnie to, że nie przeżywam go w sposób zastępczy. Że podczas przerwy na kadrę czytam o nim jednym okiem, po łebkach, większość uwagi poświęcając doniesieniom ze zgrupowania reprezentacji Polski. Że, dałby Bóg, na przyszłorocznym Euro Islandczycy rzeczywiście będą drużyną drugiego wyboru do kibicowania, my zaś ekscytować się będziemy całkiem serio pytaniem, co w tym samym czasie robić będzie kadra Adama Nawałki. Pal licho Sigurdssona, co by było, gdyby w Tottenhamie pojawił się Bartosz Kapustka?
Dodaj komentarz