Rafał Stec twierdzi wprawdzie, że mecz Legii z Wisłą był zdecydowanie bardziej interesujący, a ja przywykłem w takich kwestiach obdarzać go zaufaniem – ale nie znaczy to przecież, że ze Stamford Bridge wiało nudą. Patrząc na spotkanie Chelsea z Liverpoolem czułem się nawet jak widz jednego ze starć odbywających się na bulwarach pod Wawelem, gdzie przy kamiennych stołach zasiadają starsi panowie, by w otoczeniu wianuszka kibiców rozegrać partię szachów. Niby nic się nie dzieje, żadnej hurra-ofensywy, oszałamiających akcji czy spektakularnych roszad – raczej ostrożne wyczekiwanie na błąd przeciwnika i zacięty bój z udziałem każdego pionka. Niby nic się nie dzieje, powtórzmy, a przecież zawsze kiedy mam okazję popatrzeć na taką partię szachów – wracam do domu zachwycony.
O tym, że po ponad czterech latach Chelsea zakończyła serię meczów bez porażki na własnym stadionie, napisali już wszyscy. Dla kibiców wicemistrza Anglii to jednak umiarkowany powód do zmartwienia. Większym jest forma Anelki i to, jak przeciętnie prezentuje się atak bez Drogby i Joe Cole’a. A skoro już jesteśmy przy nazwiskach: jednym z autorów wczorajszego sukcesu Liverpoolu był Xabi Alonso, który – niech mnie poprawią kibice The Reds, jeśli się mylę – w ostatnich miesiącach nie zaliczał się bynajmniej do ulubieńców Rafy Beniteza. Zastrzegam, że mówiąc o autorstwie sukcesu nie mam na myśli przypadkowo strzelonej bramki, a raczej wspólne z Mascherano zneutralizowanie drugiej linii gospodarzy. Kolejni bohaterowie Liverpoolu – oprócz czyniącego cuda w obronie Jamiego Carraghera – to Riera i Kuyt, zaangażowani w powstrzymywanie Bosingwy i Ashleya Cole’a. Nie znam oczywiście planu taktycznego, z jakim Benitez przystępował do tego meczu, ale jestem przekonany, że wyłączenie z gry ofensywnie ustawianych bocznych obrońców Chelsea i zmuszenie gospodarzy do atakowania środkiem, było jednym z jego elementów.
Czy był to mecz kolejki? Zuchwale miałbym ochotę napisać, że był to mecz sezonu – jeśli wziąć pod uwagę, że właśnie to zwycięstwo (pamiętajmy: odniesione bez Torresa) tak otwarcie postawiło nam przed oczami kwestię mistrzowskich aspiracji Liverpoolu. Dziś można już chyba powiedzieć, że walka o tytuł będzie w tym sezonie równie zacięta jak w poprzednim, ale obejmie większą liczbę drużyn.
Zwłaszcza, że Manchester United wciąż traci punkty: cóż z tego, że Alex Ferguson ma do dyspozycji najlepszy ofensywny kwartet świata (wreszcie oficjalnie doceniony Ronaldo, Berbatow, Rooney, Tevez…), skoro nie może skorzystać z niemal równie dobrych pomocników. Nawet w życiowej formie Darren Fletcher nie zastąpi Carricka, Hargreaevesa czy Scholesa – wymowy tego faktu nie zmieni cała seria ataków menedżera MU na rzekomo nieprzychylnych jego drużynie arbitrów.
O Tottenhamie w ostatnich dniach napisałem wystarczająco dużo. Odmiana losu po zmianie trenera wydaje się oczywistością, a przeciwnik był słaby; znamienne jednak, że w meczu z Boltonem świetnie wypadli piłkarze, którzy pod Ramosem nie błyszczeli – zwłaszcza ustawiony tuż za Pawliuczenką i mający całkowitą swobodę taktyczną Modrić, wreszcie dobrze dośrodkowujący Bentley i znów posyłający wzdłuż i wszerz boiska celne kilkudziesięciometrowe podania Huddlestone. Ale uwaga: jak pokazuje przypadek West Hamu nowy trener przynosi jedno-dwa zwycięstwa, a potem znowu jest pod górkę.
Utrata menedżera to potężny cios dla Portsmouth, zwłaszcza że większość klasowych piłkarzy zasilała ten klub właśnie z myślą o pracy z Harrym Redknappem. Czy teraz pójdą w jego ślady? Z całą pewnością napastnik formatu Defoe’a i defensywny pomocnik klasy Diarry to transferowe priorytety nowego menedżera Kogutów. A ja od wczoraj zastanawiam się jeszcze nad dwoma rzeczami: czy w kontekście niedawnego znieważania Sola Campbella przez kibiców Tottenhamu znaczek „Kick It Out”, wpięty w garnitur Redknappa podczas jego debiutu na White Hart Lane to świadoma demonstracja, i czy rajcy miejscy Portsmouth, którzy akurat na dziś zaplanowali uroczystość nadania mu honorowego obywatelstwa za majowe zwycięstwo w finale Pucharu Anglii zdecydują się – jak wcześniej zapowiadali – na nazwanie jednego ze słynnych miejskich dzwonów jego imieniem.
Z ciekawostek odnotujmy potężną karę finansową dla balującego w nocnym klubie napastnika Aston Villi Johna Carew. Jak powiedział dziennikarzom Martin O’Neill: „John uważał, że są okoliczności łagodzące. Wysłuchałem go i podjąłem decyzję, że się myli” (Pamiętacie Briana Clougha? „Jeśli poróżniłem się z piłkarzem, siadamy na dwadzieścia minut, rozmawiamy, a potem uznaję, że to ja mam rację” – mawiał niezapomniany menedżer Nottingham Forest). Norweg w meczu ze Stoke pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie, ale zdołał zaliczyć gola i asystę. Po czwartkowym zwycięstwie nad Ajaxem i niedzielnym pogromie Wigan wiele wskazuje na to, że Aston Villa ma już za sobą lekką zadyszkę z ostatnich tygodni. Mnie znów zachwyca Agbonglahor, o którym mówi się nawet, że w zbliżającym się meczu Anglia-Niemcy zostanie wypróbowany w pierwszym składzie drużyny Fabio Capello. Czy i kiedy w jego ślady pójdzie młodziutki Sturridge, któremu za dwie asysty w meczu ze Stoke czyścił buty sam Robinho?
Nieodmiennie zachwyca mnie także Hull, oczywiście.
Skomentuj ~kurek79 Anuluj pisanie odpowiedzi