Nie zajmuję się na co dzień polską piłką. Nie jestem dziennikarzem sportowym, nie mam pojęcia, co się dzieje za kulisami: w PZPN-ie, reprezentacji, klubach… A może raczej: mam o tym pojęcie takie jak każdy przeciętny kibic. Może dlatego jednym z najważniejszych tekstów na temat sytuacji w polskim futbolu był dla mnie komentarz Stefana Szczepłka, opublikowany w „Rzeczpospolitej” dokładnie dwa lata temu, po zwycięstwie Polaków nad Portugalią. Wypożyczam jego tytuł i przywołuję parę zdań, bo mam poczucie, że historia zatoczyła koło.
„Już wszystko było jasne, role porozpisywane, niektóre czwartkowe gazety gotowe jeszcze przed meczem, a potem Ebi Smolarek strzelił dwie bramki i wszystko legło w gruzach” – pisał wtedy Szczepłek. I dalej: „Radość z powodu zwycięstwa nad Portugalią nie była wcale powszechna. Bo przecież Polacy mieli przegrać, a ośmielili się wygrać. I jeśli pisało się lub mówiło, że Beenhakker musi odejść, to jak tu nagle zmienić front. Fotoreporterzy niektórych pism jechali do Chorzowa z zadaniem zrobienia zdjęcia holenderskiego trenera z twarzą ukrytą w dłoniach. Reporterzy pewnego dziennika wpadli w popłoch, bo musieli przed północą dużo zmieniać w swoich zaplanowanych wcześniej relacjach” (całość tekstu przywołał niedawno na swoim blogu Rafał Stec w innym godnym zapamiętania wpisie o przywiślańskim futbolu).
Wiem, że właściwie należałoby poczekać. Pooglądać Polsat, przejrzeć parę gazet, spróbować uzyskać wypowiedź od Grzegorza Laty i kilku podobnych mu mędrców, którzy chcą rządzić polską piłką. Co będą mówić teraz? Przycichną na parę dni? Będą liczyć na potknięcie ze Słowacją? Zaczną obwiniać Holendra za nieobecność Błaszczykowskiego i Brożka na Euro? To musi być cholernie kłopotliwa sytuacja: uśmiechać się do kamery i gratulować komuś, kogo mógłbyś udusić gołymi rękami. A może się mylę, może kontakt tych panów z rzeczywistością jest na tyle swobodny, że będą z powagą twierdzić, że oglądaliśmy szczęśliwe zwycięstwo odniesione po kiepskiej grze Polaków?
Jest oczywiście różnica między idącymi do przodu Portugalczykami sprzed dwóch lat a wypalonymi Czechami sprzed dwóch godzin. Ale zaryzykuję zdanie, że dziś równie dobrze na Śląski mogliby przyjechać Portugalczycy. Tydzień w tydzień oglądam ligę angielską, a co jakiś czas dorzucam do niej jakieś mecze pucharowe. Dzisiejsze spotkanie nie odstawało od nich zaangażowaniem piłkarzy, tempem gry, kunsztownością rozgrywania piłki, urodą bramek. Właściwi ludzie znajdowali się na właściwych miejscach – i nie mam na myśli jedynie Pawła Brożka jako wysuniętego napastnika (świetny już w dwumeczu z Tottenhamem), kryjącego się za jego plecami Rogera, szarpiącego po prawej stronie Błaszczykowskiego, pracowitego Smolarka po lewej i niezmordowanego Murawskiego wszędzie, gdzie się da (wyliczać dalej?), ale także ich holenderskiego trenera.
Nie jestem bezkrytycznym miłośnikiem Beenhakkera; dawałem już na tym blogu wyraz rozczarowaniu brakiem klasy jego niektórych wypowiedzi (np. tej po meczu z Austrią na Euro, że komuś zależało, byśmy odpadli; dziś również można się zastanawiać, czy musiał odreagowywać frustracje ostatnich miesięcy). Na pytanie, dlaczego mu kibicuję, odpowiadam jak Dariusz Wołowski: bo kibicuję reprezentacji Polski. Mieliśmy dziś fajny dzień.
Skomentuj ~tyle_w_temacie_ok Anuluj pisanie odpowiedzi