Czeski błąd to, jak wiadomo, potoczna nazwa przestawienia dwóch sąsiednich znaków w tekście pisanym na maszynie lub komputerze – coś jakbym zamiast Wenger napisał Wegner. Czy od wczoraj mianem „polskiego błędu” będzie się określało maślane ręce bramkarza? Łukasz Fabiański ma w końcu prekursorów: Jerzego Dudka po strzale Forlana w meczu z Manchesterem United, a także Artura Boruca w tylu sytuacjach, że pozwoliły na stworzenie co najmniej kilku kompilacji na youtubie.

Fot. EPA/PAP/Onet.pl
Nie chciałbym się jednak nadmiernie z Fabiańskiego nabijać: podobnie jak tamci dwaj, może się jeszcze podnieść, odbudować nazwisko i formę – choć, obawiam się, już nie w Arsenalu. Błędy, które popełnił, były straszliwe, w dodatku miały miejsce na oczach całej piłkarskiej Europy. Przy pierwszym można mówić o współwinie Clichy’ego, dziecięco ogranego przez Varelę, ale mimo wszystko nadal była to prosta piłka do złapania. Przy drugim błędów był już katalog: najpierw złapanie piłki (choć tu można dyskutować: Campbell futbolówkę asekurował, jeżeli jej dotknął, to przypadkowo, więc trudno mówić o podaniu – niemniej strzeżonego Pan Bóg strzeże…), później bezwolne oddanie jej sędziemu, zanim w polu karnym znalazła się większa grupa kolegów z drużyny (przekazanie piłki sędziemu było obowiązkiem Polaka, ale doświadczony golkiper mógłby zaoszczędzić jeszcze kilka sekund), a wreszcie bierność, kiedy akcja już się rozpoczęła. Tak, wiem: trzeba mówić również o winie Martina Hanssona, który – zwróćcie uwagę – nie dość, że zezwolił na rozpoczęcie gry, to jeszcze zastawił Solowi Campbellowi drogę do piłki. Tyle że Arsenal również umiał korzystać przed laty w podobnych sytuacjach (Thierry Henry w 2004 r. przeciwko Chelsea i Aston Villi…), a cudze błędy nigdy nie są usprawiedliwieniem własnych. „Nie chcę oceniać Fabiańskiego na oczach wszystkich” – mówił po meczu Wenger, co było także formą oceny.
Trudno się dziwić mediom, że w takiej sytuacji z łatwością znajdują winnego (tak samo zresztą trudno się dziwić, że mają swojego bohatera – Sola Campbella, o czym za chwilę), ja jednak mam ochotę nieco obraz skomplikować: zapytać o osiągnięcia trenerskie Gerry’ego Peytona i o to, czy przypadkiem jego również nie możemy obciążać winą za postawę bramkarzy Arsenalu? Łukasz Fabiański nie jest przecież jedynym sprawiającym problemy podopiecznym Peytona, bo w ostatnich miesiącach poważne błędy robili również Almunia i Mannone. Odnoszę wrażenie, że jeszcze kilkanaście miesięcy temu przynajmniej Hiszpan i Polak prezentowali się lepiej.
Wiemy, że w styczniu Arsenal próbował kupić jeszcze jednego bramkarza – że kupi go w wakacje wydaje się pewne, ale może nie zaszkodziłaby również zmiana szkoleniowca. O tym, ile czasem daje reforma sztabu trenerskiego możemy się przekonać na przykładzie renesansu Heurelho Gomesa z Tottenhamu, półtora roku temu wyśmiewanego przez całą piłkarską Anglię, a obecnie jednego z najlepszych bramkarzy nie tylko w Premiership. Nowy trener Tony Parks nie pracował nad techniką Brazylijczyka: trafił do jego głowy, i coś podobnego powinno się zrobić w przypadku Łukasza Fabiańskiego. Mający świetny refleks, radzący sobie z naprawdę groźnymi strzałami (czego dał dowody także wczoraj…), Polak gubi się w sytuacjach wymagających od niego pewności siebie (wczoraj dwukrotnie uległ sile cudzego autorytetu; Campbella – zobaczył, że Anglik asekuruje piłkę, więc ją złapał – i sędziego, który wyciągnął po nią rękę) i opanowania emocji. Wciąż się zastanawiam, jak zakończyłby się ubiegłoroczny półfinał Pucharu Anglii z Chelsea, gdyby aż dwa razy nie wybiegł pochopnie przed linię bramkową…
Sam mecz podobał mi się dużo bardziej niż przedwczorajsze spotkanie na San Siro. Z początku byłem zaszokowany miejscem, jakie obie drużyny zostawiają rywalom w akcjach ofensywnych, później uświadomiłem sobie jednak, że to także kwestia boiska, rozmiarami przypominającego nieco Camp Nou. Oraz sędziego, który – niezależnie od tego, jak ocenić jego zachowanie przy drugiej bramce dla Porto i fakt, że nie podyktował karnego za faul na Rosickym – po prostu pozwalał grać. Zauważyliście, że w całym meczu nie było ani jednego spalonego? David Pleat, oczywiście, zauważył… Wszystko dlatego, że obrońcy grali bardzo blisko swoich bramek, nie podchodząc bliżej środka pola, a tym samym zostawiając pomocnikom mnóstwo wolnego miejsca. A dlaczego grali blisko swoich bramek? W przypadku Arsenalu była to chyba ekstra ochrona dla Sola Campbella: żeby nie musiał za dużo biegać…
Campbellowi warto poświęcić osobny akapit ze względu na niewiarygodny, w świetle trwającego ostatnie pół roku zamieszania wokół jego kariery, powrót na arenę międzynarodową. Ostatni raz grał w Lidze Mistrzów blisko cztery lata temu, w finale z Barceloną – i również strzelił gola. Czy tylko ja miałem wrażenie, jakby tych czterech lat nigdy nie było, kiedy już w drugiej minucie powstrzymał Falcao perfekcyjnym wślizgiem na linii pola karnego? Pomyśleć, że gdyby Gallas był zdrowy, Anglik siedziałby na ławce (odszczekuję niniejszym wątpliwości co do tego transferu).
Powiedzmy wreszcie to, co najważniejsze: tak naprawdę przed rewanżem Arsene Wenger może mieć powody do zadowolenia. Zdziesiątkowana kontuzjami drużyna zagrała bardzo dobry mecz, większość dublerów (Bendnter, Denilson, Campbell) nie zawiodła, do wielkiej formy wrócił Tomasz Rosicky (ech, jakiż to mógłby być ofensywny kwartet: Fabregas, Rosicky, Arszawin, van Persie…), a nade wszystko: udało się strzelić bramkę. Jedyne, co musi martwić Francuza w dłuższej perspektywie – oprócz kwestii bramkarzy, rzecz jasna – to pomeczowa frustracja Cesca Fabregasa. Jeśli Katalończyk ma zostać w Arsenalu na kolejne sezony, nie może mieć poczucia, że cały jego wysiłek idzie na marne tylko dlatego, że koledzy z drużyny są aż tak słabi.
PS Ci, którzy pamiętają tekst o katastrofie w Monachium, który polecałem tu przed rokiem, mogą głosować na jego autora w konkursie na dziennikarza obywatelskiego roku. Trzeba na tej liście odnaleźć nazwisko Wiktor Marczyk.
Skomentuj ~Roger_Kint Anuluj pisanie odpowiedzi