Pamiętacie jeszcze, że w lecie władze Premier League rozważały propozycję rozgrywania na innych kontynentach trzydziestej dziewiątej, „promocyjnej” kolejki? Większość komentatorów nie zostawiła na tym pomyśle suchej nitki. Padały zastrzeżenia rozmaitej natury, od równościowych po etosowe, ale nikt nie użył argumentu być może najprostszego: to, co w każdy weekend dzieje się w angielskiej ekstraklasie, nie wymaga dodatkowej promocji. Weźmy wydarzenia wczorajsze i dzisiejsze: dramatyczne zwroty akcji, sensacyjne rozstrzygnięcia, szalone pościgi, bramki w ostatnich sekundach, a wreszcie niespotykane gdzie indziej asysty, o których wypadałoby wreszcie napisać parę zdań.
Mam oczywiście na myśli auty Rory’ego Delapa. Osiem z trzynastu bramek Stoke, zdobytych do tej pory w Premiership, padło w wyniku zamieszania, powstającego po kilkudziesięciometrowym wyrzucie piłki zza linii bocznej. Niby rozgrywki trwają już parę miesięcy i był czas na zaopatrzenie się w DVD z materiałem szkoleniowym, ale Delap wciąż straszy, a sposób, w jaki dwukrotnie nabrał wczoraj Arsenal, był wręcz humorystyczny: skłócony po środowym remisie z Tottenhamem zespół Wengera kolejny raz pokazał, że nie radzi sobie z ligowymi „walczakami” i że brakuje mu prawdziwego przywódcy, w stylu Tony’ego Adamsa czy Patricka Viery. Czyżby rozmowę o mistrzostwie dla Arsenalu znów trzeba było odłożyć? A przecież potrafią grać tak pięknie…
Z pretendentów do tytułu mistrzowskiego najlepiej wypadła Chelsea – powrót Drogby do składu podziałał korzystnie na Anelkę, nie tylko skutecznego, ale ciężko pracującego dla zespołu. Manchester United z kolei pokonał wprawdzie Hull, ale Alex Ferguson mógł mieć powody do irytacji. Gdyby skuteczniejszy był Ronaldo, gdyby koledzy wykorzystali kilka genialnych zagrań Berbatowa, Czerwone Diabły mogły przecież strzelić z dziesięć bramek i nie martwić się pościgiem gości (w 82. minucie z 4:1 zrobiło się 4:3). Kibice niezaangażowani musieli być zachwyceni, bo Kopciuszek na Old Trafford tanio skóry nie sprzedał, a wygrali ci, co powinni. Odnotujmy dla porządku, że to ósme zwycięstwo MU w ostatnich dziewięciu meczach, a i tabela wygląda dla nich coraz bardziej obiecująco – zupełnie inaczej niż dla tej drugiej drużyny z miasta.
Na miejscu Marka Hughesa zacząłbym się poważnie bać o posadę. Nie po to nowy właściciel sprowadzał do klubu Robinho, żeby teraz przegrywać z jakimś Boltonem czy z jakimś Middlesbrough. Czy doktor Al-Fahim w ogóle wie, gdzie leżą takie miejscowości? I co to ma znaczyć: dziesiąte miejsce w tabeli? Miała być Liga Mistrzów, do licha!
O Liverpoolu powiem tyle, że wciąż nie mogę pojąć, jak mógł przegrać na White Hart Lane. Albo inaczej: jak Tottenhamowi udało się coś, co nie powiodło się Chelsea przed tygodniem. Zarówno lider, jak zespół zamykający tabelę, postawiły na tę samą formację (z obdarzonymi dużą swobodą taktyczną Gerardem i Modriciem za wysuniętymi Keanem i Bentem), ale zwłaszcza w drugiej linii różnice między wykonawcami założeń menedżerów były dramatyczne. Mascherano i Xabi Alonso przez ponad godzinę odbierali ochotę do gry nie tylko ustawionym naprzeciwko Huddlestone’owi i Zokorze, ale praktycznie całemu zespołowi gospodarzy. Doprawdy: jedynymi piłkarzami Tottenhamu zdolnymi do wymienienia między sobą kilku podań byli środkowi obrońcy – kilkanaście metrów dalej ustawiono zaporę nie do przejścia.
Ale ten blog nie na darmo nazywa się „Futbol jest okrutny” – tym razem piłka okazała się bezlitosna dla piłkarzy i kibiców The Reds. Przecież byli zdecydowanie lepsi, przecież mogli prowadzić nawet 0:4, przecież do chwili dającego wyrównanie samobójczego gola Carraghera Tottenham oddał na bramkę Reiny bodaj jeden celny strzał… „Efekt Harry’ego” działa: choć przed gospodarzami jeszcze długa walka o utrzymanie, to przecież przed tygodniem nikt nie postawiłby na to, że w meczach z Arsenalem i Liverpoolem zdobędą cztery punkty, rozstrzygające bramki zdobywając już po upływie 90 minut. Piłkarze są zachwyceni, że wreszcie ktoś ich rozumie – może poza Pawliuczenką, którego angielszczyzna jest dramatyczna, ale do którego również Redknapp potrafi jakoś dotrzeć (w przerwie meczu z Liverpoolem przekazał Rosjaninowi przez tłumacza, żeby… po prostu trochę pobiegał; w okolicy pola karnego, I presume).
Przyjemnie patrzy się na taką ligę, prawda? A przecież nie wspomniałem jeszcze o rozstrzygnięciu meczu Portsmouth-Wigan (tu również zwycięski gol dla gości padł w doliczonym czasie gry) i o grającym w dziesiątkę Blackburn, ratującym w końcówce remis z West Bromwich. Po jedenastu kolejkach Wielka Czwórka obsadziła wprawdzie przypisane jej miejsca, ale niewykluczone że w poniedziałkowy wieczór Aston Villa zburzy ten porządek. A poniżej zrobiło się naprawdę ciasno: siódmy Everton od dwudziestego Newcastle oddziela zaledwie sześć punktów. Tu wszystko może się jeszcze zdarzyć – i zapewne się zdarzy. Nawet bez trzydziestej dziewiątej kolejki.
***
Ale właściwie chciałem pisać o czymś innym – i zaproponować równocześnie temat do rozmowy. W ostatnich dniach spore zamieszanie wywołało całowanie przez piłkarzy klubowych herbów na koszulkach. Zarówno gest Joeya Bartona w meczu z Sunderlandem, jak zachowanie Wayne’a Rooneya w meczu z Evertonem powszechnie odebrano jako prowokację (a przypomnijmy jeszcze Gary’ego Neville’a sprzed kilku lat w meczu z Liverpoolem…). Tylko czy należy za coś takiego karać, podobnie jak np. za zdejmowanie koszulki czy za wpadanie w ramiona kibiców po strzelonym golu?
Czy taki Rooney grając przeciwko dawnemu klubowi nie zachowałby się znacznie lepiej naśladując Robbiego Keane’a, który – choć na White Hart Lane przyjmowany wrogo przez większość fanów Tottenhamu (byli na szczęście tacy, co klaskali) – nie cieszył się po golu Kuyta? Retoryczne pytanie, wiem. Ale zastanawiam się: czy za każdy przejaw prymitywizmu można karać? Gdzie leży granica między przywiązaniem do barw klubowych a szukaniem rozróby? I wreszcie (spróbujmy wrócić do kwestii, którą w jednej z poprzednich dyskusji postawił poniekąd nth, i ująć ją nieco szerzej) fair play wymuszone to jeszcze fair play?
Skomentuj ~Clasher Anuluj pisanie odpowiedzi