To z pewnością dużo lepszy pomysł niż dodatkowa, 39. kolejka Premier League rozgrywana z powodów komercyjnych gdzieś w dalekich krajach – tam, gdzie będą chętni, żeby za to zapłacić. Nic zresztą nie stoi na przeszkodzie, żeby obie idee połączyć, tzn. mecze play-off o miejsce w eliminacjach do Ligi Mistrzów, rozgrywane między drużynami od czwartej do siódmej, organizować na neutralnym terenie – powiedzmy w Hongkongu czy innym Dubaju. Wiem, kłopot dla kibiców z Anglii, ale zyski dla angielskiej ekstraklasy mogą być tak wielkie, że w jakiś sposób będzie mogła dołożyć się np. do wynajmowanych samolotów…
Mówiąc o play-offach nie mówimy jednak tylko o zyskach czy o dodatkowym uatrakcyjnieniu i tak atrakcyjnej rywalizacji: chodzi również o kolejny sposób na złamanie monopolu Wielkiej Czwórki, a przynajmniej – wprowadzenie dla niej jeszcze jednego progu do pokonania. Że nie jest to zgodne z zasadą, iż o wyniku rywalizacji powinna decydować praca w okresie dziesięciu miesięcy, a nie jeden czy dwa mecze, w których akurat możesz odczuwać trudy całego sezonu albo osłabia cię brak twojej największej gwiazdy, która odniosła kontuzję w ostatniej kolejce „regularnych” rozgrywek? Zgoda, ale przecież play-offy działają w wielu, nie tylko piłkarskich ligach, a w samej Anglii obowiązują wszędzie poniżej Premier League. Wyobraźcie sobie zresztą tę rywalizację przełożoną na obecny sezon (jeśli wejdzie w życie, to najwcześniej od następnego): już nie tylko między Liverpoolem, MC, Tottenhamem i AV, kto zajmie czwartą pozycję, ale między całą resztą drużyn ze środka tabeli – żeby wspiąć się na to upragnione siódme miejsce.
Propozycję przedstawiono na niedawnym spotkaniu klubów ligowych – wszystkie, z wyjątkiem Wielkiej Czwórki właśnie, zareagowały entuzjastycznie. Więcej szczegółów mamy poznać w kwietniu: czy play-offy rozgrywać się będzie w systemie mecz i rewanż na boiskach zainteresowanych klubów, czy na neutralnym gruncie (jeszcze jeden mecz na Wembley: Football Association powinna być zadowolona), i jak je upakować w i tak wypełnionym kalendarzu. Właściwie jedyny problem widzę w tym ostatnim punkcie: jeśli wziąć pod uwagę zdrowie piłkarzy, z pewnością sensowniejsza byłaby inna reforma rozgrywek, czyli wprowadzenie przerwy zimowej. Podawałem niedawno statystyki, z których wynika, że w ligach pozbawionych takiej przerwy kontuzje na finiszu rozgrywek, a więc w kwietniu i maju, zdarzają się cztery razy częściej niż w krajach pozwalających piłkarzom na choć kilkunastodniowy wypoczynek…
Załóżmy jednak na chwilę, że ci świetnie opłacani młodzi ludzie są po to, żeby dostarczać nam wielkich emocji i że dwa mecze więcej nie zrobią im większej różnicy. Nam zrobią gigantyczną. W końcu jeżeli o nas chodzi, najchętniej nie kończylibyśmy rozgrywek nigdy.
Update: wbrew temu, co napisał David Conn, ewentualne zmiany są możliwe dopiero za trzy lata, kiedy wygaśnie obecna umowa telewizyjna. Żeby weszły w życie, musi być zgoda czternastu z dwudziestu klubów, co akurat nie wydaje się trudne.
Skomentuj ~Bartek S. Anuluj pisanie odpowiedzi