Nie chodzi o to, że Johan Cruyff był jednym z kilku najwybitniejszych piłkarzy świata – wymienianym jednym tchem z Pelem, Puskasem, Beckenbauerem, Maradoną czy (niechże im będzie) Ronaldo i Messim. Nie chodzi też o to, że grał w jednej z kilku najwspanialszych drużyn świata – Ajaksie Amsterdam początku lat 70, a także reprezentacji Holandii trenowanej przez Rinusa Michelsa. Nie chodzi w końcu o to, że jako trener, a później mentor, współtworzył potęgę Barcelony: wygrywał z nią europejskie puchary, ale także budował słynną akademię piłkarską, w której wyrastali Guardiola, Messi i tylu innych.
Chodzi o to, że opowiadając o żadnym innym piłkarzu nie zbliżymy się do tylu kwestii związanych z przemianami historycznymi, obyczajowymi i kulturowymi XX wieku, w tym do kwestii „życia po Oświęcimiu”. Urodzony dwa lata po wojnie, był wszak podporą klubu uznawanego za żydowski – paradoksalnie zresztą, bo potęgę Ajaxu tworzyli wspólnie ocalali z Zagłady Żydzi i Holendrzy, kolaborujący z niemieckim okupantem. Wielu holenderskich Żydów, ale też obywateli Izraela, uznawało go za swojego; jeden z izraelskich rozmówców autora książki „Futbol w cieniu Holokaustu” Simona Kupera mówi: „Mamy taki mit, że Żydzi stoją na czele każdego wielkiego ruchu kulturowego. Mieliśmy Mojżesza, Jezusa, Freuda i Einsteina, więc jeśli w piłce nożnej dzieje się coś takiego, musi stać za tym Żyd”.
Żydem nie był. Jego przedwcześnie zmarły ojciec – z którym łączyła go zresztą wyjątkowo silna więź – to prosty amsterdamski handlarz. Jako półsierota, z matką niedającą rady z utrzymaniem rodzinnego biznesu i w końcu zatrudnioną przez Ajax jako sprzątaczka, wychowywał się kilkaset metrów od stadionu, w mieście będącym w latach 60. XX w. nieformalną stolicą młodzieżowej rebelii. Anarchiści i hipisi, narkotyki i wolna miłość, amsterdamski happening łóżkowy po ślubie Johna Lennona i Yoko Ono, przemiany posoborowe i laicyzacja – taki był kontekst jeszcze jednej rewolucji, tym razem piłkarskiej. Choć w życiu prywatnym pozostawał konserwatystą, jego zachowania boiskowe rozsadzały przecież ramy struktur i tradycji. Holenderski „futbol totalny”, którego stał się symbolem – polegający na rozluźnieniu czy wręcz zniesieniu tradycyjnego podziału na formacje, zakładający wymienność pozycji i zaangażowanie wszystkich piłkarzy zarówno w obronę, jak w atak – można widzieć w kontekście tamtych przemian. „Mieliśmy więc teorie literackie i semiotyczne Rolanda Barthesa, antropologiczne tezy Claude’a Levi-Straussa, psychoanalizę Jacquesa Lacana i – przez analogię – odpowiednie tezy dla futbolu – pisał historyk taktyki piłkarskiej Jonathan Wilson. – Ajax zaproponował taki system, wewnątrz którego zawodnicy odnajdywali swoje znaczenie poprzez wzajemną zależność z pozostałymi graczami. Sugestia, że ten system by nie powstał bez kryzysu wiary, idzie może zbyt daleko, ale nie wypada nie zauważyć, że holenderski futbol ma wiele cech wspólnych ze współczesnymi mu trendami intelektualnymi”.
Nazywano go czasem Pitagorasem – ze względu na geometrię podań. Mówiono, że jest Rembrandtem futbolu, bo Rembrandt inaczej spojrzał na światło, a Cruyff na przestrzeń pola gry. David Winner, autor znakomitej książki poświęconej „neurotycznemu geniuszowi holenderskiego futbolu”, wiąże to właśnie z miejscem urodzenia: twierdzi, że Holendrzy mają szczególną zdolność gospodarowania wolną przestrzenią na boisku, ponieważ nauczyli się tego w innych dziedzinach życia – płaskie, często zalewane terytorium kraju, zmuszało do umiejętnego wykorzystania dostępnego terenu.
Ale z nazwiskiem Cruyffa wiąże się wiele innych zmian. On, Beckenbauer, Pele – zauważał na łamach magazynu „Kopalnia” Paweł Wilkowicz – „byli pierwszym pokoleniem gwiazd futbolu opłacanym tak dobrze, że po skończeniu kariery mogli już nic nie robić. I ostatnim pokoleniem, które mogło jeszcze wpływać na kierunek, którym rakieta futbol poleci”. O pieniądze dbał skądinąd jak mało kto, obrażał się i awanturował, ale zostawmy ten temat na boku. Niezwykłe jest to, że choć trenerem przestał być 20 lat temu, rakieta futbol – dzięki sukcesom Barcelony i Hiszpanii, a także Guardioli, van Gaala i tylu innych, których nauczał, a którzy później szli na swoje – leci wciąż w kierunku, który nadał. To Guardiola porównał kiedyś styl Barcelony do katedry, którą zbudował Cruyff, a następcom pozostało jedynie dobudowywanie kolejnych kaplic.
Kibicom niczego tłumaczyć nie trzeba: pamiętają słynny zwód, którym nabierał tylu obrońców. Pamiętają frazę o pierwszym w świecie piłkarzu czworonożnym – bo nikt przed nim nie podawał tak dobrze zewnętrzną częścią obu stóp. Pamiętają fenomenalne slalomy między nogami rywali, pamiętają piękne gole. Pamiętają też niezliczone sentencje, które sformułował. Ta najważniejsza? Zdaniem Wilkowicza „Salid y disfrutad” – wyjdźcie i cieszcie się, wypowiedziana do graczy Barcelony przed finałem Pucharu Europy w 1992. Są i inne, np. „piłka to prosta gra, ale granie prostej piłki jest nieprawdopodobnie trudne”. Albo: „piłka nożna to sport, w który gra się głową”. I jeszcze: „W pewnym sensie jestem nieśmiertelny”. Zmarł na raka płuc, wyniszczony nikotynowym nałogiem (choć rzucił palenie ćwierć wieku temu), a przecież to ostatnie zdanie jest w oczywisty sposób prawdziwe.
PS Johana Cruyffa żegnamy też w najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego”.
Skomentuj pablo Anuluj pisanie odpowiedzi