Czasami trzeba po prostu bić brawo. Brawo, Chelsea. Brawo, jej piłkarze. Brawo, jej tymczasowy trener. Hmm… Czy w tym ostatnim przypadku naprawdę brawo? Pamiętacie tę scenę z 27. minuty dogrywki, w której ubrany już w kurtkę John Terry stojąc przy ławce rezerwowych wrzeszczał na kolegów, przypominając o ustawieniu i o tym, ile jeszcze czasu zostało do końca? Z drugiej strony trzeba Roberto di Matteo oddać przynajmniej to, że umiał się wycofać. Od wtorkowej konferencji prasowej, podczas której pierwsze skrzypce grał właśnie Terry, przez środową decyzję o wyborze pierwszej jedenastki, po kluczową zmianę już w trakcie spotkania (przejście z 4-2-3-1 na 4-4-2: zejście nieefektywnego Maty, wejście Maloudy i przenosiny Ramiresa na prawą stronę) – Włoch wiedział, co robi. Wiedział, że to jest dzień Starej Gwardii, dzień Grupy Trzymającej Władzę, dzień Układu, czy jak tam nazwać tych zawodników, którzy stanowili o obliczu drużyny jeszcze w czasach Jose Mourinho, a których próbował mniej lub bardziej ostrożnie wymieniać – ryzykując śmiertelny konflikt – Andre Villas-Boas. Wiedział, że dla Czecha, Terry’ego, Cole’a, Essiena, Lamparda i Drogby rok 2012 to ostatni dzwonek na wspólne podbijanie Ligi Mistrzów. Nie kombinował więc. Nie szukał innych rozwiązań (Meireles zamiast Lamparda? Torres zamiast Drogby? Bosingwa zamiast Cole’a? Cahill zamiast Terry’ego? Orieu zamiast Essiena?). Dał im możliwość podjęcia walki – nie tylko o przedłużenie nadziei na jakiś sukces w mocno nieudanym, jak dotąd, sezonie, ale także o własne dobre imię (to ostatnie mocno przecież ucierpiało podczas wojny z Villas-Boasem).
To był fantastyczny wieczór. Emocje od pierwszych chwil. Szanse Napoli przed przerwą. Gol Drogby po crossie Ramiresa (oj, słabo się bronili Włosi przed tymi dośrodkowaniami…). Kontuzja jednego z najlepszych w Napoli Maggio (dla mnie jeden z przełomowych momentów meczu). Bramka Terry’ego tuż po przerwie, czyli w najlepszym możliwym terminie, po rzucie rożnym Lamparda oczywiście (ile takich widzieliśmy?). Później gol Włochów, niebędący już jednak w stanie podciąć skrzydeł gospodarzy. Trybuny, witające owacją każdy wślizg, podanie czy strzał. Rzut karny Lamparda (ile takich widzieliśmy?). Pudło Torresa (ile takich widzieliśmy?). Teatrzyk Drogby, zwijającego się z bólu po rzekomym uderzeniu Cannavaro (ile takich widzieliśmy?). Atak za atak (Włosi bynajmniej nie bronili wyniku, kiedy dawał im awans). Bramka Ivanovicia w dogrywce (co on tam robił, skoro di Matteo chwilę wcześniej instruował go, żeby nie przekraczał połowy?). Tytaniczny wysiłek (kiedy ostatni raz widzieliście tak zażarcie walczącego – nie tylko w powietrzu, gdzie wygrywał wszystko – Drogbę?). Zasłużony awans, którego paręnaście dni temu nikt się nie spodziewał. Triumf ducha, którego paręnaście dni temu nie było.
Oczywiście można by w tym momencie gdybać, co by było, gdyby Roman Abramowicz pochopnie nie wyrzucił z pracy Carlo Ancelottiego (sprowadzeni za jego czasów Ramires i Luiz również zagrali świetne spotkanie – ten ostatni wreszcie przestał kombinować i zaczął zachowywać się, jak na odpowiedzialnego obrońcę przystało). Oczywiście można by przypominać, że taka Chelsea nie ma przed sobą przyszłości (średnia wieku strzelców bramek: prawie 32 lata, Drogba z kończącym się kontraktem, Essien i Terry z ciągle odnawiającymi się kontuzjami, Torres jako drugi Szewczenko) i że w tym sensie Villas-Boas musiał robić to, co robił. Oczywiście można by zwrócić uwagę na wizytę rosyjskiego właściciela, wraz z jego zdumiewającym zausznikiem Michaelem Emenalo, w szatni Chelsea po meczu (problem „ręcznego sterowania” nie znika…). Oczywiście można by pytać, dlaczego nie walczyli tak za Villas-Boasa?
Dajmy jednak spokój. Wczoraj piłkarzom Chelsea rzeczywiście udało się cofnąć czas. Doceńmy to, zanim czas znów zacznie biec.
Skomentuj ~Jak Anuluj pisanie odpowiedzi