Wśród rzeczy, które powinniście wiedzieć o Tadeuszu Konwickim (tak, był autorem jednej z najpiękniejszych scen miłosnych w historii literatury polskiej, w dodatku z udziałem dyktatora Powstania Styczniowego) jest i ta: był kibicem. Stoliki w „Czytelniku” i w „Bliklem”, przy których siadywał między innymi z Gustawem Holoubkiem (tak, wielki aktor mówił o tym, że chce, by jego prochy rozsypano na stadionie Cracovii), były także miejscami debat o piłce nożnej. Jak przebiegały, pewne pojęcie może dawać publikowany na łamach tygodnika „Literatura” cykl rozmów Holoubka, Konwickiego i Stanisława Dygata (tak, wśród pożałowania godnych zainteresowań autora „Pożegnań” były, oprócz piłki nożnej, także tenis i boks) na temat mundialu w Niemczech w 1974 roku.
Oczywiście zdanie, że Konwicki był kibicem, nie zdziwi żadnego znawcy jego twórczości – finał „Wniebowstąpienia” zawiera wątek meczu rozgrywanego w Moskwie, a znawca twórczości pisarza Przemysław Kaniecki przypomina, że już w połowie lat 50. prowadził on w „Nowej Kulturze” rubrykę „Z miejsc stojących”, gdzie „wypowiadanie się w roli kibica w końcu okazało się pretekstem do publikowania komentarzy społecznych”; obaj z Dygatem byli również na olimpiadzie w Monachium. Oczywiście ich rozmowy zawierały także inteligentne aluzje do ówczesnego życia kulturalnego (szpile wbijane Wajdzie, Łomnickiemu czy Hanuszkiewiczowi; uwaga, że „Zanussi był w sposób niesłychanie brutalny faulowany”). Trudno, żeby było inaczej: sam im dłużej piszę o piłce, tym bardziej ciekaw jestem tego, jak można używać jej jako „pretekstu do publikowania komentarzy społecznych”. Z drugiej strony nie mogę nie widzieć uderzających różnic w podejściu.
„Traktuję sport jako swój osobisty narkotyk. Po prostu sport mnie w jakiś sposób zagłusza, izoluje od rzeczy przykrych, które mnie codziennie spotykają” – powiada Konwicki. Byłoby to zdanie do podpisania się obiema rękami, gdyby nie tytuł tego bloga i przekonanie, że to właśnie sport – owszem, uzależniający jak narkotyk – w gruncie rzeczy codziennie zmusza do kontaktu z rzeczami przykrymi (ostatnie zwycięstwo Tottenhamu z Chelsea jest tu, jak wiecie, wyjątkiem potwierdzającym regułę). Autor „Małej apokalipsy” narzeka też, że „drużyny piłkarskie osiągają w tej chwili taką doskonałość, że używając Holoubka metafory, plus zderzy się z plusem i nic z tego nie wynika. Po prostu z doskonałości wyłonił się fenomen jałowości”. Co to oznacza? „Nie ma po prostu goli, a przecież piłka nożna została wymyślona po to, by strzelać bramki. Poza przyjemnym baletem dla oka czy ciekawym ruchem na boisku chcemy, żeby padały bramki, które tworzą dramat, tworzą fabułę na boisku”. No jasne: nie był hipsterem, nie zdążył przeczytać Wilsona i nie wiedział, że gole są przeceniane, a balet czy „ciekawy ruch na boisku” u takiego Guardioli tworzą fabuły niezrównane, ale czy naprawdę można określać bezbramkowe remisy mianem meczów, które „kończą się nierozegraną, czyli jakimś niespełnieniem dramatu”? A co z przywoływaną przeze mnie do znudzenia i wciąż domagającą się rozwinięcia opinią starszego od Konwickiego o siedem lat Gianniego Brery, że mecz idealny powinien zakończyć się właśnie wynikiem 0:0? Opublikowany na łamach „Literatury” cykl „Przepraszamy za usterki” jest głosem z innego świata także dlatego, że Konwicki, Holoubek i Dygat dywagują na temat konieczności zmiany obowiązujących w PRL przepisów uniemożliwiających bądź utrudniających naszym piłkarzom grę w klubach zagranicznych.
A jednak jest w tych rozmowach – przedrukowanych przed dwoma laty w piłkarskim numerze rocznika „Konteksty”, za którym publikuję także zdjęcie pisarza – coś, co każe do nich wrócić na przykład przed zbliżającą się na wiosnę kolejną fazą eliminacji do mistrzostw Europy. „Mamy wiele kompleksów, które wyrażają się chociażby w naszych histerycznych lękach przed każdym meczem – mówi w pewnym momencie Konwicki. – Otóż wygląda na to, że nasza drużyna piłkarska przełamała te dziwne bariery naszych powszechnych kompleksów. Bo mimo że nam się ta gra miejscami nie za bardzo podoba, mimo że wolelibyśmy, aby nasi byli w nieustannym, wspaniałym, błyskotliwym ataku – patrząc obiektywnie na sytuację boiskową musimy przyznać, że oni po prostu wykonują doskonale to, co do nich należy”.
O „wygrywaniu wielkiej wojny z naszymi kompleksami” można było niewątpliwie mówić po zwycięstwie nad Niemcami, podbudowanym wkrótce wygraną z Gruzją. W rozmowach z Holoubkiem i Dygatem Tadeusz Konwicki nazwał się „guślarzem wileńskim” i mówił, że „posiada w sobie siłę nadprzyrodzoną”. Może jego zdania o przełamaniu kompleksu dadzą się zastosować także do meczów reprezentacji prowadzonej przez Adama Nawałkę i trend się utrzyma?
A tęsknota za światem, w którym zamiast dyskutować o piłce przez komputer, smartfon czy tablet, rozmawialiśmy na jej temat w kawiarni, to temat na osobny tekst. Albo na spotkanie. Czy jego tematem mogłaby być atrakcyjność bezbramkowych remisów?
PS Tadeusza Konwickiego pożegnamy specjalnym dodatkiem do nowego numeru „Tygodnika Powszechnego”. Na nowej stronie „TP” znajdziecie jeden z jego ostatnich wywiadów.
Skomentuj Tristan Anuluj pisanie odpowiedzi