To musiało zdumieć niejednego widza wczorajszego „Match of the Day”: po otwierającym program skrócie meczu Arsenalu; meczu, którego niewątpliwym bohaterem był zdobywca trzech bramek Theo Walcott, Alan Hansen… skrytykował tego ostatniego. To znaczy owszem: podobały mu się gole, podobały mu się zagrania z pierwszej piłki, imponowała szybkość, ale do analizy występu skrzydłowego Arsenalu Hansen wybrał także sytuacje, w których piłkarz ten nie działał instynktownie, tylko miał czas na podjęcie decyzji: bo chwilowo nikt go nie atakował, bo miał przed sobą trochę miejsca, mógł podnieść głowę, rozejrzeć się i wybrać jeden z możliwych wariantów rozegrania. Zdaniem eksperta w każdym z tych przypadków gwiazdor Arsenalu decydował źle.
Podobnie mówił tego lata Chris Waddle, grywający na tych samych pozycjach, co Walcott, choć, hm…, w kompletnie innym klubie: kiedy przyszło mu skomentować niepowołanie Walcotta do kadry na mundial, powiedział, że jego zdaniem młody Kanonier nie ma mózgu piłkarza. Że nie rozumie piłki nożnej, nie wie, w którą stronę się rozpędzić, kiedy próbować obiegać bocznego obrońcę, a kiedy szukać klepki z którymś z pomocników. Że dobrzy defensorzy zawsze złapią go na spalonym, i że kompletnie się nie rozwinął w ciągu tych czterech lat w Arsenalu.
Zabrzmiało mocno, prawda? Zwłaszcza że od tamtej pory solidnie wypoczęty w ciągu wakacji Walcott nie tylko pognębił defensywę Blackpool, ale także co najmniej przyzwoicie zaprezentował się w meczu reprezentacji z Węgrami. Mnie przypadek tego piłkarza silnie kojarzy się z Aaronem Lennonem (obaj należą do najszybszych w ekstraklasie), o którym mawiałem kiedyś, że bywa „jeźdźcem bez głowy”, ale od jakiegoś czasu uważam to zdanie za nieaktualne, a od początku tego sezonu zdumiewam się celnością jego dośrodkowań. Słuchając Hansena myślę więc, że nie potrafi się on uwolnić od kliszy, do której zdążył się przyzwyczaić, ale która przestaje już być aktualna (nie pierwszy przypadek u ekspertów BBC…). Na pełnej szybkości Walcottowi wciąż zdarza się zagrać niedokładnie, zgoda. Ale krytykować go w takim dniu i po takim meczu, wydaje się ekscentryczne.
Z Walcottem w składzie Arsenal stał się pierwszym z trzech zespołów, które zdołały w ten weekend strzelić rywalom sześć bramek – ale, jak to Arsenal, mógł tych goli strzelić ze dwadzieścia. Ręka w górę, kogo nie zachwycały szybkie wymiany podań między Arszawinem, Chamakhem, Rosickym i Walcottem (patrz gol na 1:0), komu nie podobały się wejścia z głębi pola Diaby’ego, kto nie czuł dreszczy patrząc na rządzący w środku duet Fabregas-Wilshere. Owszem, kiedy na boisku pojawił się mistrz świata, wynik był już rozstrzygnięty – w dużej mierze zresztą dzięki czerwonej kartce i karnemu (faul był niewątpliwie przed polem karnym, ale Evatt był niewątpliwie ostatnim zawodnikiem). Pewnie także stąd brała się relatywna nieskuteczność grających na luzie gospodarzy, zwłaszcza Chamakha, który powinien schodzić z boiska jako czwarty w tej kolejce autor hat-tricka.
Wróćmy jednak do kwestii piłkarskiego mózgu. W zdumiewającym pod względem statystyk meczu Wigan z Chelsea (przewaga w posiadaniu piłki gospodarzy, przyciskających Chelsea do własnego pola karnego zwłaszcza przez pierwsze trzydzieści minut, ale sześć bramek gości, do tego zero rzutów rożnych) zaimponował Didier Drogba – tym razem w roli podającego: Kalou najsłuszniej w świecie wybrał czyszczenie mu butów w ramach celebracji po swoim pierwszym golu. A przecież ja zapamiętałem także zachowanie Johna Terry’ego, który kiedy w pierwszej połowie został nadepnięty przez N’Zogbię, pokazał mu gestami, że będzie szukał rewanżu i dotrzymał słowa: najpierw za faul na piłkarzu Wigan otrzymał żółtą kartkę, a potem mógł nawet wylecieć z boiska, gdyby sędzia ukarał go za kolejne wejście w tego samego zawodnika. Chelsea, podobnie jak Arsenal, w wielkim stylu wykorzystuje błędy w obronie przeciwników, i daje demonstrację siły na samym początku sezonu; szkoda, że Terry rozumie „demonstrację siły” nieco inaczej niż jego koledzy.
A propos piłkarskiego mózgu jeszcze wtręt od zaniepokojonego kibica Tottenhamu, który nie wie, jak to z nim jest w przypadku Williama Gallasa (podpisał dziś roczny kontrakt z klubem): Harry Redknapp jest wprawdzie przekonany, że pamiętne ataki furii Francuza – choćby po meczu Birmingham-Arsenal, kiedy dramatyczną kontuzję odniósł Eduardo – brały się stąd, że w jego ówczesnym otoczeniu nie było wystarczająco dużo profesjonalistów, ale nie wiem, czy przekonuje mnie ta wypowiedź. Nie wiem też, czy Gallas łatwo zaakceptuje rolę rezerwowego – bo że King i Dawson będą przed nim przy ustalaniu składu, nie mam wątpliwości. Wiem, że jest dobry, cieszę się, że nie kosztował fortuny i że zgodził się na pensję dużo niższą niż w Arsenalu, ale czy nie będzie rozwalał atmosfery w szatni?
A skoro o Tottenhamie, to wypada słowo na temat meczu ze Stoke. Najkrócej mówiąc: z trzech punktów jestem dumny, bo mało kto wywozi je z Britannia Stadium, podobnie jak dumny jestem z tego, że w pierwszej połowie udało się narzucić gospodarzom swój styl gry, w drugiej zaś – wytrzymać konfrontację z ich łokciami. Jak wszystkich, zachwycił mnie vanbastenowski gol Bale’a i jak prawie wszystkich wprawił mnie w konfuzję nieuznany gol dla Stoke (choć sekundę przed strzałem Waltersa Huth oburącz wepchnął do bramki Gomesa). Warto zwrócić uwagę, że zespół nie czuł się wypalony po eskapadzie do Szwajcarii, choć nie od rzeczy będzie też zauważyć, iż aż pięciu piłkarzy z tamtego meczu – Defoe, Modrić, Pawluczenko, Keane, Giovani – nie zagrało z powodu kontuzji. Co mnie zaniepokoiło, to postawa bramkarza Kogutów przy rzutach rożnych, jakby to nie sezon 2010/11 się zaczynał, tylko sezon dwa lata wcześniejszy: Gomes nie umiał się zdecydować, czy wychodzić do górnych piłek, czy zostawać na linii, dawał się przepychać i poniewierać, źle oceniał tor dośrodkowań, a w związku z tym wszystkim kiepsko dyrygował kolegami… Doprawdy, mieliśmy w sobotę mnóstwo szczęścia.
Gdybym chciał porządnie tę kolejkę opisać, musiałbym spędzić przed komputerem jeszcze wiele godzin, zanim więc o meczach dzisiejszych, zauważmy jeszcze, że West Ham pod Awramem Grantem przypomina „Baby Bentley Brigade”, która tak irytowała Alana Curbishleya, że doprawdy niewytłumaczalne są marne początki kolejnych sezonów Evertonu i że Wolverhampton zdaje się potwierdzać opinie tych, którzy twierdzili, że ten nieefektowny zespół nie da się wypchnąć z ekstraklasy. Dzisiaj zaś… no cóż, wielkie brawa dla Chrisa Hughtona i dla jego umotywowanych weteranów (Nolan, Smith, Barton: to jest przecież druga linia, która Premiership zna na wylot), w wielkim stylu przypominających się ekstraklasie, ale przede wszystkim brawa dla tego, który wnosi do niej nową jakość: Andy’ego Carrolla, który nie tylko wykańcza akcje, ale też znakomicie współpracuje z wchodzącymi z drugiej linii do jego zgrań kolegami (czas na powołanie do reprezentacji? w porównaniu z Zamorą, Bentem czy Carltonem Colem nie ma się przecież czego wstydzić). Oczywiście mało brakowało, a ten mecz miałby inny scenariusz: Carew nie wykorzystał karnego przy stanie 0:0, ale od tego feralnego dla Aston Villi momentu dominacja drugiej linii Newcastle była już absolutna; nawet jeśli nie byli szybsi, byli bardziej zdecydowani. Zastanawiam się, kiedy Mike Ashley podpisze wieloletni kontrakt z Hughtonem – najwyższy czas przestać traktować Irlandczyka jako „wiecznego tymczasowego”.
Sądząc po komentarzach pod poprzednim wpisem, mecz Fulham z Manchesterem United wywołał wśród Was spore poruszenie. Rozumiem punkt widzenia kibica Diabłów. Dla mnie była to jednak po prostu świetna reklamówka Premier League: oto oglądamy mecz największej firmy w tej lidze, oglądamy kolejny świetny występ jednej z jej żywych legend, czyli Paula Scholesa, i kiedy wszystko wydaje się iść zgodnie ze scenariuszem, zespół skazywany na porażkę podnosi się, odrabia straty, a dodatku teoretycznie słabszy bramkarz tej drużyny (Schwarzer jest kontuzjowany, ale wciąż się mówi o jego transferze do Arsenalu) broni karnego, jej teoretycznie najlepszy obrońca strzela samobója, ale później rehabilituje się przed bramką rywala… Wielkie brawa dla Fulham, zwłaszcza dla ciężko pracującego Zamory (biedny Evans…), nieustannie skutecznego Daviesa i zaskakująco aktywnego w ofensywie Etuhu. W United nie zawiedli moim zdaniem – podkreślam to, bo w ostatnich miesiącach go krytykowałem – Berbatow, świetny od początku sezonu Scholes, solidni Fletcher i van der Sar; z Nanim mam kłopot, bo wniósł wiele ożywienia, ale nie wykorzystał karnego. Co mnie natomiast martwi, to postawa defensywy, której boleśnie brakuje Rio Ferdinanda. A może to po prostu atmosfera Craven Cottage im nie leży? Podobno dziś przed meczem reklamowano dvd z wielkimi zwycięstwami Fulham nad Manchesterem United, jeśli dobrze liczę, tylko w ciągu ostatniej dekady Czerwone Diabły przegrywały tu trzykrotnie.
PS Craig Bellamy bramkowo zadebiutował w Cardiff. Cóż za marnotrawstwo, wyrzucać ze składu dwóch swoich najlepszych piłkarzy z poprzedniego sezonu…
Skomentuj ~stary trafford Anuluj pisanie odpowiedzi