Odsunięcie Joleona Lescotta od treningów z pierwszą drużyną Evertonu… zaraz, nie, przecież miałem pisać o czymś zupełnie innym. Są w końcu chwile, kiedy zrzucamy mniej lub bardziej grubą skórę człowieka bezstronnego i przemieniamy się w kibola wrzeszczącego „Yes, yes, yes”. Nie zastanawiamy się, co by było, gdyby przy stanie 1:2 sędzia podyktował karnego dla przeciwnika, nie szukamy słabych punktów – po prostu upajamy się smakiem zwycięstwa i bycia (tak jest, do cholery!) liderem tabeli.
Na szczęście to mija. Emocje opadają i wraca poczucie, że po dwóch meczach sezonu nic jeszcze nie można powiedzieć – choć można przecież powiedzieć, że Jermain Defoe jest w życiowej formie, co udowodnił nie tylko w meczu z Hull, ale i w ubiegłotygodniowym spotkaniu reprezentacji, że Tom Huddlestone rozdziela piłki w sposób, który już wiele miesięcy temu zwrócił uwagę Fabio Capello, że Luka Modrić jest nie tylko błyskotliwym rozgrywającym, ale i piłkarzem ciężko pracującym przy odbiorze piłki, że nieustępliwość Wilsona Palaciosa w drugiej linii jest czymś, czego w tym klubie nie widziano od lat, że tak krytykowany ostatnio Robbie Keane kolejny raz okazał się prawdziwym liderem drużyny, nie tylko harującym na całym boisku, ale również (wreszcie!) skutecznym, że pomysł z wystawieniem niskiego duetu napastników jest pomysłem szczęśliwym, bo wymusza podawanie piłki po ziemi, że technika, że szybkość, że pressing, że wymienność pozycji… Oj, zdaje mi się, że emocje wcale nie chcą opaść.
Owszem, przeciwnik nie okazał się przesadnie wymagający (choć w pierwszej kolejce do 91. minuty remisował na Stamford Bridge), owszem, prowizorycznie zestawiona para stoperów kilkakrotnie się pogubiła (rywal bardziej klasowy wykorzystałby to z całą bezwzględnością), owszem, przy zmianie ustawienia z 4-4-2 na 4-5-1 Hull przejęło inicjatywę, a Tottenham zaczął grać nerwowo (wcześniej między liniami gospodarzy, zwłaszcza między defensywą i drugą linią ziała przepaść, w której umiejętnie odnajdywali się napastnicy z Londynu), owszem, przy bramce dla Hull znów się okazało, że Tottenham ma kłopot z obroną przy stałych fragmentach gry… Tyle że statystyki mówią o 62 proc. posiadania piłki (w meczu wyjazdowym!), 18 strzałach w tym 12 celnych (w meczu wyjazdowym!!), 78 proc. udanych podań i aż 87 proc. udanych wślizgów: dominacja drużyny Harry’ego Redknappa była absolutna, a futbol przez nią prezentowany – prosty, lecz zabójczo skuteczny (ale czy, hm…, Barcelona i Arsenal robią to inaczej?). „Całe szczęście, że nie gramy z nimi co tydzień – powiedział niezrażony rozmiarami klęski menedżer Hull Phil Brown – i że teraz czeka nas spotkanie z Boltonem; w każdym razie widzieliśmy jeden z najlepszych występów w historii Premiership”.
Rzecz jasna obiektywnie najciekawsze i potencjalnie najbardziej brzemienne w skutkach było w tej kolejce spotkanie Burnley z Manchesterem United. Istnieje stare prawidło, mówiące, że w pierwszych meczach sezonu lepiej nie trafiać na beniaminków, zwłaszcza na ich stadionie i zwłaszcza takich, które grają w Premiership po raz pierwszy… Prawidła prawidłami, podobnie jak to, że zwycięski gol dla Burnley był poza zasięgiem Fostera: w chwili, gdy Robbie Blake składał się do uderzenia, od najbliższego piłkarza MU (w polu karnym, do licha!) dzieliły go dobre cztery metry. Alex Ferguson ma o czym myśleć: jego piłkarze grali wolno i przede wszystkim środkiem pola, a kiedy nawet przedzierali się pod bramkę Jensena – byli nieskuteczni (słabo grał Owen – i to, niestety, pod okiem Fabio Capello). A przecież Burnley nie postawiło poprzeczki przesadnie wysoko: do zdobycia trzech punktów wystarczyło mistrzów zabiegać. Najbardziej jednak ciekaw jestem odpowiedzi na pytanie, kto wyznaczył do strzelania karnego Michaela Carricka, kiedy na boisku byli Rooney i Owen?
Zdaje się, że miałem pisać o Lescotcie (czy tak należy zapisać to nazwisko w polskiej odmianie?), który zabiegając o pozwolenie na odejście z Evertonu powtarza ubiegłoroczne zachowania Berbatowa. David Moyes odsunął go od drużyny, mówiąc, że może wrócić, jeśli zmieni swoje podejście. Jednak zwykle po czymś takim powrotu już nie ma – jest tylko pytanie, kiedy Manchester City zgodzi się zapłacić żądaną sumę. Szkoda, że odbywa się to w takim stylu.
Jesteśmy po niekompletnej drugiej kolejce. Za wcześnie na uogólnienia, zwłaszcza, że o ile pamiętam, Manchesterowi United wejście w każdy sezon zajmowało parę tygodni. Skreślany w niedzielę Liverpool bez najmniejszych problemów poradził sobie z bardzo dobrym w sobotę Stoke (jednak Benayoun lepszy niż Babel, prawda?). Męcząca się w sobotę Chelsea we wtorek zdemolowała Sunderland. Pewnie i o Manchesterze United w najbliższy weekend pisać się będzie w diametralnie innym tonie niż dziś. Romantycy są zadowoleni, że drużyna-kopciuszek z niewielkiego miasta wygrywa z mistrzem Anglii (no zadowoleni są także kibice Chelsea i Liverpoolu, którzy niekoniecznie muszą być romantykami), a kibice Tottenhamu (ci muszą być romantykami z definicji: inaczej się przecież nie da) cieszą się ze swoich pięciu minut. Yes, yes, yes…
Skomentuj ~Arcadio Cardone Anuluj pisanie odpowiedzi