„Gdybym na boisku mógł sterować robotami, wygrywałbym zawsze” – to zdanie Marcelo Bielsy przyszło mi do głowy, kiedy oglądałem mecz Crystal Palace z Liverpoolem. Przyszło mi do głowy po to, żeby gwałtownie z nim zapolemizować.
Patrząc na ten mecz zrozumiałem bowiem pewne fundamentalne ograniczenie własnego warsztatu, ekhem, pisarskiego; ograniczenie sprowadzające się do wyznania wiary w dwa dogmaty. Z dogmatami w końcu, jak uczył pewien wielki teolog, jest jak z drzwiami: lepiej przez nie przejść, niż kurczowo trzymać się futryny.
Dogmat pierwszy głosi, że piłka nożna jest sportem zespołowym. Drugi mówi, że piłka nożna, przynajmniej ta na najwyższym poziomie, jest przede wszystkim – i stąd ten Bielsa mi się przyplątał – grą trenerskich umysłów (może nawet kolejność powinna być odwrotna: trenerskie umysły idą przed zespołowością?). Wielcy szkoleniowcy w ośrodkach treningowych i przy linii bocznej przypominają szachistów, rozstawiających swoje figury na boisku – a znaczenie ma każda z nich, bo w szachach przecież niczego nie wygra się samym hetmanem. W iluż to tekstach próbowałem, z lepszym lub gorszym skutkiem, wniknąć w psychikę albo chociaż opisać warsztat Mourinho, Guardioli, Wengera, o całej masie trenerów Tottenhamu nie wspominając. W iluż to tekstach potrafiłem pisać o meczu tak, żeby nie wymienić nazwisk strzelców bramek, niechby nawet i zdobyli hat tricka, za to dogłębnie rozpisując się o ustawieniu czy taktyce. Albo o wypowiedziach trenerów, toczących za pośrednictwem mediów swoje osobne zupełnie rozgrywki.
Owszem, panujący w dzisiejszym świecie okołopiłkarskim, zwłaszcza na portalach i w mediach społecznościowych, kult gwiazd, może być wkurzający. Owszem, pisanie tygodniami o Manchesterze United przez pryzmat rekordu transferowego Pogby i tego, czy ów transfer ma szanse się zwrócić w sensie sportowym, albo o coraz marniejszym losie Wayne’a Rooneya, niczego na dłuższą metę o klubie z Old Trafford nam nie powie. Podobnie jednak na manowce sprowadzi nas redukowanie wszystkiego, co dzieje się z tą drużyną, do toksycznej osobowości Jose Mourinho albo wspominanie w kółko dziedzictwa sir Aleksa Fergusona.
Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że oglądając mecz Crystal Palace z Liverpoolem robiłem sobie fiszki do kolejnego tekstu o Jurgenie Kloppie, a wypowiedziane później przez Niemca do dziennikarzy przeprosiny za „nudne widowisko” zwiększyły jeszcze pokusę skupienia się na jego trenerskiej osobowości. Czy można by na przykład postawić tezę, że niefrasobliwość drużyny w obronie – kolejne jej przykłady obejrzeliśmy przecież na Selhurst Park – ma jakiś związek z charakterem trenera? Że piłowanie schematów defensywnych Klopp będzie miał gdzieś tak długo, jak długo jego podopieczni uganiać się będą za rywalami po to, by dzięki kolejnym odbiorom i szybkim wyjściom strzelić im o bramkę czy dwie więcej? Nawet o świetnym skądinąd w sobotę Roberto Firmino dałoby się napisać tak, żeby sprowadzić go do roli trybiku w maszynie – porównać z niepasującym Kloppowi i grającym przeciwko niedawnym kolegom Benteke, podkreślić zaangażowanie w pressing albo liczbę wykreowanych partnerom sytuacji, imponującą jak na speca od wykańczania akcji samemu.
Dałoby się, tak. Ale robiąc w ten sposób krzywdę niejakiemu Philippe’owi Coutinho. Krasnal, którego doświadczenia z futsalu procentują dziś na boiskach Premier League, był zaiste niewiarygodny, i to nie pierwszy raz w tym sezonie. Pal licho asysty przy rzutach rożnych: zasięg i wizjonerstwo jego podań wykonywanych nie ze stojącej piłki, tylko w pełnym biegu, robią wrażenie równie wielkie jak strzały (lewą i prawą nogą, a nawet… głową), drybling, sztuczki techniczne, ale także – tak jest – wślizgi i odbiory (no dobra, tutaj możemy zrobić ukłon dla Kloppa, który każdą gwiazdkę i gwiazdeczkę potrafi zagonić do roboty – w Anglii tak samo jak w Niemczech). Jamie Carragher jeszcze przed meczem z CP wyliczał, że Coutinho jest odpowiedzialny za siedem z dwudziestu punktów Liverpoolu – strzelił dwa gole w meczu z Arsenalem, miał asystę przy golu Lovrena z Chelsea, zdobył piękną bramkę w spotkaniu z WBA – ale przecież po sobocie możemy zrobić z tego dziesięć punktów na dwadzieścia trzy…
To zwyczajna nieprawda, że na boisku chodzi o sterowanie robotami – zobaczcie, jak potrafią męczyć się czasem roboty Pochettino i jak brakuje w jego drużynie błysku indywidualnego geniuszu. Przepraszam, mnie się wszystko kojarzy, ale patrząc na to, jak Coutinho ciągnie dziś Liverpool myślę o znaczeniu Garetha Bale’a dla Tottenhamu. Nie tylko dlatego, że jak tak dalej pójdzie Brazylijczyk również skończy w Realu.
Skomentuj DawidSz Anuluj pisanie odpowiedzi