Pięć lat to cholernie dużo czasu. Niemal dokładnie pięć lat temu przeżywaliśmy jedną z najwspanialszych nocy w naszym kibicowskim życiu – noc, w której polski bramkarz stał się legendą Anfield Road dzięki „tańcowi-spaghetti” podczas rzutów karnych i dwóm wcześniejszym paradom po strzałach Andrija Szewczenki. Niewiarygodne emocje, klasyk Ligi Mistrzów i ostatni wielki sukces Liverpoolu. Obawiam się, że na kolejny trzeba będzie czekać długie lata.
Wyjątkowo obszerny, jak na prasowe standardy list Davida Mooresa do redakcji „Timesa”, powstał właśnie w piątą rocznicę tamtego zwycięstwa w Stambule. Były właściciel klubu tłumaczy w nim okoliczności sprzedaży swoich udziałów Amerykanom, deklaruje, że działał w przekonaniu o najlepszym interesie klubu, a widząc, czym okazały się wybrukowane jego dobre chęci, chce przynajmniej oczyścić swoje imię przed rozczarowanymi kibicami. Jest przy tym rozdzierająco szczery, więc zachęcam do przejścia przez procedurę rejestracji na stronie internetowej angielskiego dziennika, żeby przeczytać jego list w pełnej wersji.
Moores opowiada całą historię: jak ewoluował Liverpool w ciągu ostatnich 20 lat, i jak zmieniała się ekonomiczna otoczka, w której przyszło mu działać. Jego zdaniem przed Mistrzostwami Europy w 1996 r. futbol na Wyspach był kompletnie niemodny – sytuacja zmieniła się później, z nadejściem wielkich gwiazd i wielkich pensji (dodajmy także: wielkich kontraktów telewizyjnych i reklamowych), a w ślad za nimi: żądnych zysków i splendoru bogaczy, często kompletnie niezainteresowanych futbolem. „Kluby zaczęły być postrzegane bardziej jako źródło dochodu niż źródło dumy; były co najmniej w równym stopniu instytucjami finansowymi, jak miejscem sportowego dziedzictwa. Nadeszła era Abramowicza, a ja zrozumiałem, że nie jestem w stanie z nim rywalizować”.
Dla Mooresa kluczowy był sezon 2002-03, w którym mimo pokaźnych inwestycji (prowadzący wówczas drużynę Gerard Houllier sprowadził m.in. El Hadji Dioufa – w owym czasie rekordowy transfer Liverpoolu) nie udało się awansować do Ligi Mistrzów. To wtedy wraz z dyrektorem wykonawczym Rickiem Parrym zaczęli szukać inwestora, borykając się z wątpliwościami: czy wszystko jedno, jaki to będzie inwestor? „Zorientowaliśmy się, że oferta z Tajlandii była nieetyczna” – pisze np. Moores, przywołując sławną już uwagę Parry’ego o tym, że srebra rodowe sprzedaje się tylko raz. Wspomina także negocjacje z Robertem Kraftem z USA i Sameerem Al Ansarim z Dubaju, za każdym razem tłumacząc powody załamania rozmów. Dlaczego w końcu zdecydował się na Gilletta i Hicksa? „Wiele razy pytano mnie, czy zwykła wyszukiwarka Google’a nie powiedziałaby mi wszystkiego o Tomie Hicksie? Mógłbym nonszalancko odpowiedzieć, że nie wiem, co to Google (nigdy nie używałem komputera), albo podważać wiarygodność internetowych wyszukiwarek, ale prawda jest taka, że naszych przyszłych partnerów sprawdzaliśmy o wiele dokładniej” – przebieg transakcji nadzorowała firma Price Waterhouse Coopers, przy współudziale Rotszyldów, a więc najbardziej cenione marki na światowych rynkach finansowych. „Jeśli coś sobie wyrzucam, to fakt, że po czterech latach poszukiwań byliśmy może zbyt zwarci i gotowi usłyszeć dobrą nowinę, że George i Tom pomyślnie przeszli to badanie”…
Dziś, pięć lat po Stambule i trzy lata po sprzedaży klubu, Liverpool znów nie zakwalifikował się do Ligi Mistrzów, kończąc rozgrywki Premiership na siódmej pozycji. Co jednak bardziej niepokojące: obecni właściciele znacznie zwiększyli zadłużenie klubu (wynosi ponad 350 milionów funtów) i najprawdopodobniej nie będą w stanie sfinansować ani budowy nowego stadionu, ani wesprzeć Rafy Beniteza – jeśli to on będzie menedżerem w przyszłym sezonie – sensownym budżetem transferowym. O tym, że atmosfera w drużynie nie jest dobra, świadczy niedawna wypowiedź Jamiego Carraghera, że żaden piłkarz nie jest większy niż klub i że ci, którzy chcą odejść, niech po prostu odejdą (spekuluje się, że za nowym pracodawcą rozglądają się nawet – albo zwłaszcza – Fernando Torres i Steven Gerrard).
Dlatego Moores pisze: „Bardzo mi zależy na klubie, drużynie i kibicach. Mam nadzieję – choć pewnie płonną – że panowie Gillett i Hicks przeczytają ten list, albo przynajmniej jego fragment, i zrobią to, co trzeba. Koniec końców, narażają na szwank instytucję sportową o globalnej renomie, więc jeśli mają choć trochę rozsądku i godności, to ustąpią i pozwolą nowym właścicielom przejąć klub w imię jego przyszłych sukcesów i z myślą o jego życiodajnej sile – kibicach”.
I dalej: „Ogromnie żałuję sprzedaży klubu George’owi Gillettowi i Tomowi Hicksowi. Chciałbym wierzyć, że chodzi tylko o to, iż połknęli więcej niż mogli strawić. Zakładając ich niewinność – czyli że przyszli z wielkimi ideałami, którym nie byli w stanie sprostać – wzywam ich do ustąpienia, zaakceptowania swych ograniczeń jako współwłaścicieli Liverpoolu, uznania swojej roli w aktualnym upadku klubu i do rezygnacji z godnością, żeby kto inny mógł podjąć wyzwanie. Nie karzcie już więcej kibiców – Bóg wie, że dostali już za swoje. Przyjmijcie ofertę, bądźcie realistami w sprawie ceny, umożliwcie to. Odpuśćcie klub. Ustąpić w imię wyższego dobra to oznaka siły, a nie słabości”.
Nie mam wielkich złudzeń, że amerykańscy właściciele klubu posłuchają tych apeli: zdecyduje rachunek ekonomiczny, nie etyka. Pamiętam również, że jeśli chodzi o zarządzanie, to również za czasów Davida Mooresa Liverpool znajdował się kilka kroków za takim Manchesterem United. Z drugiej strony sprzedaż klubu planowano m.in. po to, by ten dystans zniwelować. Marna pociecha dla kibiców z Anfield: rywale z Old Trafford mają podobne problemy.
Skomentuj ~michalj Anuluj pisanie odpowiedzi