Komentarz Robbiego do poprzedniego wpisu mógłby właściwie posłużyć za scenariusz wpisu obecnego: wszystkie epizody, które przywołuje, opisują przecież wyjątkowość i specyfikę tej ligi. Z drugiej strony bywają mecze, z których – jak pisze Damian – wieje nudą, jakby rozgrywano je we Włoszech, nie na Wyspach. Z samych Waszych dopowiedzeń można by więc ułożyć tekst o wydarzeniach weekendu – bo warto także odpowiedzieć na pytanie Bartka S., jak to się dzieje, że mając tak dobrych piłkarzy Tottenham gra tak bezproduktywnie. Akurat ta kwestia jest banalnie prosta, ale nie zaburzajmy hierarchii – jak ktoś jest w strefie spadkowej, to i my będziemy o nim mówić na końcu.
A to oznacza, że trzeba zacząć od Liverpoolu, a przede wszystkim od menedżera tej drużyny. Powody, dla których Rafa Benitez na konferencji prasowej przed sobotnim meczem powiedział to, co powiedział, są trudne do pojęcia. Zdenerwować chciał starego Szkota? Nie wie, ilu ten widział już w życiu – widział i ograł – takich Benitezów? Pozazdrościł medialnej popularności Mourinho? Na to jednak za bardzo jest spięty, zbyt łatwo się czerwieni… Nie odrobił lekcji Kevina Keegana z 1996 r., który wypuścił na ostatniej prostej zdobyte już, wydawałoby się, mistrzostwo? Zwróćcie uwagę: nie mówię wcale o tym, czy wypowiedź Hiszpana jest, czy nie jest uzasadniona, zastanawiam się jedynie, co ją spowodowało. Przecież o ile wtedy, przed laty, Keegan mówił z serca – piątkowe przemówienie Beniteza robiło wrażenie przygotowanego, a to, że Hiszpan rozwinął jeszcze niektóre wątki na konferencji pomeczowej, wzmocniło mnie w tym przekonaniu. Dlaczego więc jedyne ukryte przesłanie jego tyrady brzmiało: „Boję się Manchesteru United. Cholernie się boję”? Przecież Alex Ferguson tylko czekał, żeby to usłyszeć…
Damian napisał, że mecz Liverpoolu ze Stoke był nudny. Trudno się nie zgodzić, choć niewiele brakowało, a skończyłby się sensacyjnie (gospodarze mogli być skuteczniejsi). A to powinno martwić Beniteza zdecydowanie bardziej niż rzekomo świetne stosunki Fergusona z Football Association. Faktem jest, że podopieczni Hiszpana nie byli w stanie strzelić gola walczącemu o utrzymanie beniaminkowi i że niemoc pierwszej jedenastki także tym razem nie skłoniła go do wpuszczenia na boisko Robbiego Keane’a. Nieprędko właściciele klubu pozwolą mu wydać na jakiegoś zawodnika 20 milionów. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie inwestycje Fergusona były udane – świetnie wiemy, że nie – ale Berbatow przynajmniej dziś strzelił.
Nie pierwszy raz w tym sezonie żal było patrzeć na Chelsea, choć dla interesującej mnie kwestii to akurat wątek poboczny. Zestawienie tych dwóch meczy, Liverpoolu ze Stoke i MU z Chelsea, mówi wszystko o prawdziwych powodach do zmartwień Rafy Beniteza: mistrzowie Anglii, którzy skądinąd wcale nie wyglądają na przemęczonych, mają tylko pięć punktów mniej i dwa zaległe mecze do rozegrania. Jeśli tylko je wygrają…
W cieniu burzy między Benitezem i Fergusonem przeszła wypowiedź Arsene’a Wengera: po z trudem odniesionym zwycięstwie nad Boltonem Francuz skarżył się, że coraz więcej zespołów angielskich zamiast prowadzić otwartą grę, koncentruje się na defensywie. Obserwacja celna, ale kłopoty Arsenalu (i, zachowując proporcje, Tottenhamu) wskazują na inny jeszcze problem: że chodzi nie tyle o defensywę, co o waleczność. Oba zespoły z północnego Londynu potrafią grać piłką i w piłkę – z trudem natomiast przychodzi im o tę piłkę walczyć. To w tym miejscu leżą, moim zdaniem, przyczyny nieoczekiwanych wpadek Kanonierów (z Fulham, ze Stoke itd.) i permanentnych kłopotów Kogutów.
Wrócę więc do kwestii postawionej przez Bartka S.: mamy oto klub, który kupuje dużo i chętnie, i którego kadra na papierze wygląda fantastycznie, a który coraz poważniej zagrożony jest spadkiem z Premiership. Dzisiejsze ustawienie Tottenhamu zdumiało ekspertów (para stoperów Dawson-Woodgate, przed nimi asekurujący King, boczni obrońcy Bale i Corluka z przyzwoleniem na ataki, dwaj atleci Zokora i O’Hara w środku pola, Modrić za dwójką napastników Defoe-Pawliuczenko – gdy na ławce zostali Lennon, Bentley, Huddlestone i Jenas), ale wydawało się najlepiej wykorzystywać umiejętności każdego zawodnika z osobna. Dobrzy piłkarze i dobra taktyka to jedno, zupełnie co innego zaś – wola walki i koncentracja do ostatniej minuty.
Weźmy Davida Bentleya. Elegancki ów pomocnik (ta fryzura! te baki!!!), który nie tak dawno strzelił Arsenalowi gola sezonu, a następcą Beckhama jest nazywany od miesięcy, próbuje zagrania piętą. Traci piłkę. W następnej akcji usiłuje założyć rywalowi siatkę. Znów traci piłkę. Przy dryblingu zostaje odepchnięty barkiem (sędzia nie gwiżdże), przy strzale jest zablokowany. Wkrótce nie ma ochoty do gry, a po kolejnej stracie nie wraca za akcją i pozwala, by z jego strony poszło dośrodkowanie zamienione na bramkę. Fatalna historia: mieć w drużynie tylu utalentowanych chłopców, kiedy do walki o utrzymanie potrzebuje się mężczyzn.
Że można inaczej budować zespół, pokazuje David Moyes. Zacząłem odwołaniem do Waszych wypowiedzi, i w taki sam sposób zakończę: Zdzichu najsłuszniej w świecie pisze, że nie sztuką jest sprowadzić piłkarzy, sztuką jest stworzyć z nich zespół, tak jak to robi od lat menedżer Evertonu.
Wiecie, z kim zagrają następny mecz piłkarze Rafy Beniteza?
Skomentuj ~dikhet Anuluj pisanie odpowiedzi