Na szczęście przychodzi w końcu taki moment, kiedy można po prostu bić brawo. Słaby czy nie – mistrz Anglii. Na cztery kolejki przed końcem, z arcybezpieczną przewagą punktową i miażdżącym stosunkiem bramek. Z najskuteczniejszym snajperem ligi, jej najlepszym prawym obrońcą („jaki był przełomowy moment w drodze po mistrzostwo?”, zapytał wczoraj Gary Neville Ryana Giggsa – „znaleźliśmy wreszcie dobrego prawego obrońcę”, usłyszał w odpowiedzi…) i cofniętym rozgrywającym, z bramkarzem, który najlepszy stanie się zapewne w ciągu paru kolejnych sezonów oraz kilkoma jeszcze piłkarzami, których rywale mogą tylko zazdrościć. Z legendami tej ligi, Giggsem i Scholesem, z Rooneyem, który oby przezwyciężył obecny kryzys (wczorajsza asysta była przedniej miary), z Ferdinandem, który już zdołał to zrobić, z więcej niż obiecującymi Welbeckiem czy Cleverleyem. Z menedżerem, przy którego nazwisku każdy przymiotnik wydaje się zbyt słaby. Trzynaście mistrzostw kraju, dwie wygrane w Lidze Mistrzów, pomniejszych pucharów pewnie ze trzydzieści, panie i panowie, sir Alex Ferguson…
Przelatuję w pamięci ostatnie dziewięć miesięcy. Transfer van Persiego, który okazał się kluczowy („Jest lepszy niż ci się wydaje”, mówił Fergusonowi Wenger po tym, jak dobili targu; miał cholerną rację). Nieoczywisty początek: porażka z Evertonem, szczęśliwe zwycięstwa z Liverpoolem i Chelsea, sensacyjna wpadka na Old Trafford z Tottenhamem (najwięcej punktów urwał Fergusonowi Villas-Boas…), dyskusje o obsadzie bramki i błędy defensywy, grającej długo bez Vidicia (te wyniki 3:2, 4:2, 4:3…), wreszcie świąteczny czas, w którym maszyna zaczęła się rozpędzać, a przesądzający okazał się mecz z Newcastle, znak firmowy tej drużyny (jeszcze raz wpadki w obronie, gonienie wyniku i fenomenalny finisz, dający wygraną 4:3)…
Nie, to nie jest czas stawiania pytań – o skrzydłowych na przykład. To czas gratulacji, zachwytu i podziwu. Z biografii menedżera MU, autorstwa Patricka Barclaya, utkwiło mi w pamięci zdanie „Może już nigdy nie będzie następnego Fergusona”. Może już nigdy nie będzie kogoś, kto osiągnął tak wiele i wychował tak wielu, ani na moment nie poddając się nostalgii i codziennie o szóstej zaczynając od nowa. Cantona? Beckham? Najlepszym piłkarzem w historii MU może być Phil Jones, mówi menedżer Czerwonych Diabłów. A imię jego przyszłość.
Skomentuj ~rete456 Anuluj pisanie odpowiedzi