„Jezu, przegraliście u siebie z Wolverhampton, ale obciach” – powiedziała, a kibic Tottenhamu delikatnie wypchnął ją za drzwi łazienki. Podobna sytuacja zdarzyła się jego znajomemu sympatykowi Manchesteru United – złośliwy komentarz dotyczył odniesionej na Old Trafford porażki z Aston Villą. Partner kibica Chelsea ironizował z powodu remisu z Evertonem, żona fana Sunderlandu przerwała lekturę książki, by zrobić uwagę na temat tracenia bramki w ostatniej minucie meczu z drużyną zamykającą tabelę, kibic Manchesteru City przez cały wieczór zmywał gary, przeżuwając usłyszane od dzieci opinie na temat remisu z Boltonem, a fani Liverpoolu, cóż… ci zdążyli się w czasie ostatnich miesięcy przyzwyczaić.
Kosmiczna kolejka, czyż nie? Jeśli by się zatrzymać przy samych wynikach, można by pomyśleć, że nikomu nie zależy na mistrzostwie kraju i na złamaniu monopolu Wielkiej Czwórki (no, może tym razem nie dotyczy to Aston Villi…). Chyba bardziej jeszcze niż w poprzednich sezonach w angielskiej Premiership każdy może wygrać z każdym, a pieniądze i nazwiska nie grają. To, oczywiście, zapisujemy na plus, generalnie jednak będziemy dziś wybrzydzać.
Będziemy wybrzydzać na momentami kuriozalną defensywę Chelsea i coraz bardziej niepewnego Petra Czecha. To już czwarty mecz Londyńczyków bez zwycięstwa, wliczając Blackburn, MC i Apoel w pucharach, a sceptycy przypominają, że także za Scolariego drużyna świetnie wystartowała, by w grudniu wpaść w dołek; w każdym razie kłopoty zaczynają się jeszcze przed Pucharem Narodów… Walcząc o mistrzostwo doprawdy trzeba wiedzieć, jak bronić się przy stałych fragmentach, a zwłaszcza nie można popełniać w kółko tego samego błędu. To właściwie niewiarygodne, że dwa tygodnie temu ten zespół tak zdominował w środku pola Arsenal – wczoraj Fellaini i Rodwell z rozbijaniem ataków Chelsea nie mieli większych kłopotów; strach pomyśleć, co by było, gdyby nie Anelka i Drogba. Czy wszystko tłumaczy kontuzja Essiena?
Będziemy też wybrzydzać na niezdolność piłkarzy Tottenhamu do rozbrojenia ambitnie broniących się gości (to kolejny tego typu przypadek, po meczu ze Stoke). Harry Redknapp miał do dyspozycji wszystkich najlepszych piłkarzy, włącznie z powracającym po kontuzji Modriciem, ale ani Chorwat, który pojawił się na boisku po godzinie , ani jego rodak Krajnczar, ani Huddlestone czy Lennon, o Keanie nie wspominając, nie znaleźli pomysłu na rozciągnięcie defensywy Wolves i obsłużenie jednym czy najlepiej dwoma podaniami Jermaina Defoe. Zaangażowania nie brakowało, nie brakowało wysiłku, brakowało pomysłu – co być może jest gorsze niż brak zaangażowania, bo gdzie tu myśleć o Lidze Mistrzów, jak się traci dwubramkową przewagę i nie wykorzystuje karnego (to przed tygodniem), a następnie przez 88 minut nie umie poradzić sobie z drużyną, która według opinii ekspertów powinna opuścić ekstraklasę w pierwszej kolejności.
Będziemy wybrzydzać na kilku piłkarzy Manchesteru United, a zwłaszcza na Andersona, wciąż niepotrafiącego udowodnić, że zasługuje na grę w tym wielkim klubie. Na Wayne’a Rooneya, nurkującego w polu karnym, na statycznego Owena, a także na Fletchera, choć przecież to nie jego wina, że znów musiał grać na prawej obronie i że tacy piłkarze jak Young czy Downing wysoko postawili mu poprzeczkę.
I wreszcie: na poziom sędziowania – mnie zirytował zwłaszcza Mark Clattenburg, usuwający z boiska Craiga Bellamy’ego (Walijczyk ewidentnie padł ofiarą swojej reputacji „złego chłopca” – drugą żółtą kartkę zobaczył za symulowanie, a przecież powtórki nie zostawiają wątpliwości, że był faulowany), ale rozumiem tych, którzy krytykują przede wszystkim Howarda Webba, który nie podyktował karnego dla Liverpoolu (to zresztą też może być skutek ubiegłotygodniowego nurkowania Gerrarda w polu karnym Blackburn, choć przecież oba incydenty dzielił tydzień i Webb powinien podejmować decyzję w oparciu o to, co widzi, a nie, co pamięta). Na zadyszkę Sunderlandu i pogłębiający się kryzys West Hamu. Na źle ustawionego bramkarza Stoke, choć uderzenie Figueroy było rzeczywiście kapitalne…
Dwie kwestie wymagają zatrzymania się na chwilę. Pierwsza: wysoka pozycja w tabeli Birmingham, beniaminka, którego menedżer Alex McLeish mówił przed sezonem, że nie ma drużyny zdolnej do konkurowania z zespołami Premiership. Dziś jego kadra nie wygląda wcale lepiej niż w sierpniu, ale napastnicy z innych klubów ekstraklasy nauczyli się już, że para stoperów Johnson-Dann stanowi twardy orzech do zgryzienia (że swój fach zna bramkarz Joe Hart wiedzieli już wcześniej i jest chyba kwestią najbliższej przyszłości, żeby przekonał się o tym także Fabio Capello). McLeish dał szansę zarówno piłkarzom gdzie indziej nie chcianym, jak Ridgewell, Larsson czy McFadden, a przede wszystkim doświadczeni Bowyer czy Carr, ale umiał też wypromować Christiana Beniteza czy Camerona Jerome’a. Niesamowity sezon rozgrywa zwłaszcza Bowyer – piłkarz, którego lubić nie sposób (w Leeds sądzono go za napaść na azjatyckiego studenta podczas imprezy w nocnym klubie, w Newcastle pobił się z kolegą z drużyny Kieronem Dyerem, o czerwonych kartkach i brutalnych faulach nie wspominam), ale który może wreszcie ma trenera potrafiącego go okiełznać. Przed sezonem wróżyłem im spadek, ale te wróżby (nie tylko zresztą moje; McLeish był faworytem bukmacherów do zwolnienia jako pierwszy menedżer Premiership, obok Paula Harta i Marka Hughesa) nakazało zweryfikować przejęcie klubu przez miliardera z Hongkongu. Jeśli pan Yeung wyłoży w przyszłym miesiącu trochę pieniędzy, a kupieni przez niego piłkarze zaaklimatyzują się równie łatwo jak Christian Benitez, kto wie: może Birmingham, a nie Sunderland namiesza w walce o awans do Ligi Europejskiej?
Kwestia druga to oczywiście dzisiejszy mecz zespołów z tradycyjnej Wielkiej Czwórki; mecz, po obejrzeniu którego czuję się właściwie bezradny. Nic się tu nie da uogólnić: ani dobrej gry gospodarzy przed przerwą, ani dobrej gry gości po przerwie. Ani faktu, że Liverpool przegrał z Gerrardem, Aquilanim i Torresem w składzie, ani faktu, że Arsenal wygrał bez van Persiego. Bohater Kanonierów, Arszawin, w poprzednich meczach zawodził, Almunia z kolei, który podarował gola Lierpoolowi, bronił nieźle. Wenger wrzeszczał w przerwie na piłkarzy (a po meczu był z siebie dumny, że po 13 latach wciąż potrafi ich zaskoczyć… rzeczywiście, Fabregas mówił, że nigdy nie widział go tak złego i że menedżer powiedział im m.in., że nie są godni nosić koszulek Arsenalu) – słowem same paradoksy. Pewnie gdyby nie fatalna ostatnio passa, piłkarze Liverpoolu nie przejęliby się tak bardzo samobójczym strzałem Johnsona, bo wyglądało na to, że nagle zaczęło im brakować pewności siebie, pewnie niepotrzebnie Rafa Benitez odwijał się na przedmeczowej konferencji Klinsmannowi i Sounessowi i pewnie niepotrzebnie deklarował, że sezon zaczyna się od nowa właśnie meczem z Arsenalem… A jednak – kolejny paradoks – postawę Liverpoolu z pierwszych 45 minut warto zapamiętać, bo tak dobrze w tym sezonie grali tylko raz, w październiku z Manchesterem United.
Arsenal traci do Chelsea 6 punktów i rozegrał mecz mniej, Liverpool ma do czwartego miejsca 5 punktów straty. No więc jak to jest z szansami na mistrzostwo Anglii i na pierwszą czwórkę? Nikt nie chce wygrać? A może niektórzy chcą za bardzo i paraliżuje ich to jak niejednego młodzieńca? Powiedzcie sami, a mnie darujcie ten pospieszny wpis: kończymy świąteczny numer „Tygodnika”, mam przyjemność być jego redaktorem prowadzącym, więc na ligę angielską patrzyłem tym razem w przerwach. Obiecuję, że jutro nadrobię i że będę się włączał do dyskusji…
Skomentuj ~mak Anuluj pisanie odpowiedzi