Żaden piłkarz nie jest ważniejszy od drużyny – tę prawdę sir Alex Ferguson zna lepiej niż ktokolwiek inny. Czy można było sobie wyobrazić Manchester United bez Bryana Robsona? Bez Roya Keane’a? Bez – to zapewne najważniejsze nazwisko – Erica Cantony? Jak przebudować drużynę, sir Alex Ferguson również wie lepiej niż ktokolwiek inny, a odejścia Ronaldo musiał się przecież spodziewać od co najmniej kilkunastu miesięcy – pamiętacie przecież epopeję z ubiegłych wakacji, zakończoną wyprawą Fergusona do portugalskiej rezydencji swojej gwiazdeczki (no dobrze: megagwiazdy…). Łatał Szkot dziury po van Nistelrooyu i Beckhamie, po Cole’u i Yorke’u, po Pallisterze i Bruce’ie; pytany kiedyś – bodaj, czy nie przez sir Davida Frosta – przyznał, że żałuje tylko sprzedaży Jaapa Stama…
Cristiano Ronaldo Ferguson żałował nie będzie. Owszem, również w tym sezonie Portugalczyk zdobył mnóstwo ważnych bramek (z tą kluczową, strzeloną w wyjazdowym meczu z FC Porto na czele), ale zaryzykuję tezę, że jego wpływ na drużynę był mniejszy niż rok wcześniej; że „teatr marzeń” Manchesteru United nie był w takim stopniu teatrem jednego aktora. To jedna z kwestii, które szkocki menedżer musiał wziąć pod uwagę: w ciągu tamtych wakacji Ronaldo mówił wystarczająco wiele o swojej chęci wyjazdu do Madrytu, by naruszyć otaczającą go w szatni atmosferę (a po przegranym finale Ligi Mistrzów dorzucił co nieco, krytykując postawę kolegów i taktykę Fergusona) – w imię tej atmosfery zgoda na jego transfer wydaje się logiczna.
Logiczny wydaje się również moment: praktycznie zaraz po sezonie, co daje władzom MU czas na znalezienie następcy lub, co bardziej prawdopodobne, następców. Za 80 milionów funtów można kupić Ribery’ego i Villę, i zostanie jeszcze na drobne wydatki, np. na Antonio Valencię z Wigan – kolejnego piłkarza, który wypromował się w tym niewielkim klubie, i który Fergusonowi przypasuje może najbardziej z wymienianych w mediach celów transferowych.
Pisałem przed ponad rokiem, że mam z Ronaldo kłopot, bo jak w nikim innym widzę w nim dwie twarze futbolu: pierwszą, za którą ten sport kocham, i drugą, o której chciałbym zapomnieć. Portugalczyk ma fenomenalne przyspieszenie, świetny drybling, precyzyjne dośrodkowanie, atomowy strzał z woleja i rzut wolny, po którym lecąca nad murem piłka ląduje w okienku. Zdobywa bramki z rzutów karnych i z wolnych, z pola karnego i zza szesnastki, obiema nogami i głową – słowem jako piłkarz umie wszystko. Ale wciąż pamiętam, że w ćwierćfinale mundialu zmusił sędziego do usunięcia z boiska Wayne’a Rooneya, a potem triumfalnie puścił oko do portugalskiej ławki. Mam przed oczami, jak zwija się z bólu udając sfaulowanego, jak wymusza karne, prowokuje rywali, nagabuje sędziów… Na opinię samoluba zapracował sobie solennie.
Nikt nie będzie płakał za Ronaldo. Płakanoby owszem, za Tevezem, z jego dorównującą talentowi pracowitością. Ale przecież teraz MU ma wszelkie dane po temu, żeby Teveza zatrzymać…
I jeszcze jedno: podczas finału Ligi Mistrzów patrząc na Alexa Fergusona odnosiłem wrażenie, że widzę człowieka starego, a Rafał Stec tłumaczył mi, że nie mam racji. Dziś myślę, że to Rafał miał rację i że ktoś, kto jeszcze niedawno mówił, że nie sprzedałby mafii z Realu nawet wirusa, zyskał właśnie kolejny eliksir młodości.
Dodaj komentarz