Zaledwie dwa tygodnie temu Arsenal walczył na czterech frontach. Był o włos od zdobycia Pucharu Ligi. Był – po zwycięstwie w pierwszym meczu – w dobrej pozycji wyjściowej do walki o awans w Lidze Mistrzów. Był – po tym, jak Alex Ferguson ogłosił skład Manchesteru United na wczorajsze spotkanie – faworytem ćwierćfinału Pucharu Anglii. O lidze się na razie nie wypowiadam, bo Kanonierzy wciąż mają szanse na mistrzostwo. Ale jak czytam to zdanie bezpośrednio po napisaniu, sam w nie nie wierzę.
Nie wierzę w nie, bo wątpliwości ma chyba Arsene Wenger, przyznający po meczu na Old Trafford, że wtorkowe wydarzenia na Camp Nou miały wpływ na postawę drużyny: „Widać było, że czegoś nam brakuje. Nie w sensie wysiłku czy zaangażowania, ale w sensie wiary w siebie”. Po czym myśl rozwija, mówiąc o trzech porażkach odniesionych w „dziwnych” lub „bardzo dziwnych” okolicznościach, mając na myśli także tę wczorajszą (mnie się te okoliczności, niestety, wydały szalenie typowe, cóż to bowiem za argument, że w meczu miało się przewagę, tylko nie było się tak skutecznym jak przeciwnik?). „Nie sądzę, żeby sezon się nam wymykał – mówi Wenger, co brzmi jak pośrednie przyznanie, że sezon się właśnie wymyka. Po czym dodaje kilka zdań o dobrym teście, pokazaniu odporności psychicznej, jedności drużyny i zdolności do odbudowania morale. Problem w tym, że taki test i taką okazję miał również wczoraj. I w tym, że całkiem niedawno czytałem, iż jego piłkarze muszą wypełniać zawierające ponad sto pytań, skomplikowane kwestionariusze psychologiczne – po to właśnie, by wypracować odporność psychiczną, wolę zwyciężania itd., itp. Ej, gdyby kapitanem tej drużyny był William Gallas, siedziałby pewnie na boisku i walił pięściami w murawę…
Żeby było jasne: od lat kibicuję konceptowi Wengera, od lat zachwycam się stylem gry jego zespołu, od lat imponuje mi zdolność przekształcania kolejnych Anelek, Fabregasów czy Wilshere’ów w supergwiazdy. Od lat też z narastającą frustracją wysłuchuję tych, którzy – jak to kiedyś ujął Rafał Stec – widzą we francuskim szkoleniowcu wielkiego dziwaka, poświęcającego wynik dla doktryny. Z jednej strony mam poczucie, że nauczył się tę doktrynę modyfikować, że nie buduje zespołu na samych młodzieńcach, że odważniej wydaje pieniądze (byle ci sprowadzani pasowali mu do koncepcji), że jego piłkarze nie tylko wjeżdżają w pole karne rywala po kilkunastu podaniach z pierwszej piłki, ale potrafią również dośrodkować na głowę wysokiego napastnika, a nawet – ho, ho – zdobyć bramkę po rzucie rożnym. Z drugiej jednak strony wydaje mi się, że kiedy w ostatnich latach mówimy o Arsenalu, niemal odruchowo zaczynamy schodzić na psychologię i dotykać kwestii jakichś ograniczeń, stłumień, fundamentalnych niemożności…
Powtarzam: chciałbym się mylić. Ale kiedy oglądam taki mecz jak wczorajszy, z całym szacunkiem dla kilku świetnych interwencji van der Sara, to myśl okrutna przychodzi mi do głowy: że tak już będzie zawsze. Zwłaszcza że widzę też pomyłki menedżera Arsenalu – np. kilkakrotnie podejmowane ryzyko związane z wstawieniem do składu piłkarza nie do końca zdrowego. Na mecz z Milanem Harry Redknapp zostawił Garetha Bale’a na ławce, w Barcelonie Wenger postawił na Fabregasa od pierwszej minuty – w efekcie Walijczyk zrobił kolejny krok w dochodzeniu do pełni formy, a Katalończyk będzie musiał zaczynać do nowa.
Legenda Kanonierów, Bob Wilson, mówi wprost, że ten znakomity zespół może zostać zapamiętany jako „nearly team”, co to gra pięknie jak nigdy, ale tę najważniejszą walkę przegrywa jak (ostatnio) zawsze. Nic jeszcze nie jest przesądzone, a obrońcy Wengera nie bez racji będą podnosić, że na korzyść drużyny przemawia fakt, że może skoncentrować się na lidze, o przyzwoitym kalendarzu spotkań nie wspominając. Kiedy jednak widzę na dwóch sąsiadujących ze sobą ławkach (na Old Trafford należałoby powiedzieć raczej: w lożach) rezerwowych rozpartego wygodnie, rozluźnionego Fergusona i zwiniętego w kłębek, pościskanego Wengera, to mam poczucie, że Szkot zwietrzył krew i że jego pewność siebie silnie oddziaływuje na piłkarzy – podobnie jak stres Francuza. Skoro w głowach piłkarzy Arsenalu w sobotę siedziała jeszcze porażka z wtorku, jak teraz wybić z nich świadomość, że choć grali bardzo dobry mecz, to przegrali po raz kolejny – nie dość, że z drużyną, którą mają prześcignąć, to jeszcze złożoną niemal w dwóch trzecich z rezerwowych? Jak wierzyć w sukces, skoro do listy kontuzjowanych dołączyli w ostatnich dniach Szczęsny i Djorou? Jak odepchnąć pytania o sześć lat bez żadnego trofeum, skoro żeby je zdobyć w Pucharze Ligi wystawiali w tym sezonie skład silniejszy niż którykolwiek z najważniejszych rywali?
Zanim zaczęły się tegoroczne rozgrywki Arsene Wenger mówił, że teraz albo nigdy. Też mi się tak wydaje.
Skomentuj ~seb Anuluj pisanie odpowiedzi