Która to była minuta rozstrzygniętego już meczu Chelsea-MU? Dziewięćdziesiąta druga? Z pewnością najważniejsza minuta także dla spotkania Liverpool-MU: Vidić łapiący za koszulkę szarżującego Ramiresa, łapiący także drugą żółtą kartkę i dyskwalifikację, która nie pozwoliła mu zagrać z Liverpoolem. Oczywiście byli na Anfield Road słabsi piłkarze od pary stoperów Brown-Smalling (chociażby Carrick, ale może też Rooney), oczywiście w bajecznym dryblingu Suarezowi dali się okiwać nie tylko środkowi obrońcy, a po kuriozalnej główce Naniego, wstrzeliwującego piłkę we własne pole karne, nawet najlepsi stoperzy mogliby się pogubić. Myślę jednak, że z Serbem za plecami każdemu, nie tylko Portugalczykowi, trudniej byłoby zrobić głupstwo. Pewniej się gra, mając prawdziwego kapitana za plecami.
Jak to zwykle w starciu tych drużyn, wszystko było historią i do historii się odnosiło. Jeszcze przed niedzielą powszechnie wspominano ponad czterdziestoletnią (!) rywalizację Alexa Fergusona i Kenny’ego Dalglisha, a w trakcie spotkania nad każdą przepychanką unosił się duch Gary’ego Neville’a (tym razem, inaczej niż na Stamford Bridge, nie pokazał się na trybunach). Może zresztą pamięcią historyczną kierował się Alex Ferguson przy ustalaniu składu, skoro wstawił do wyjściowej jedenastki zarówno Giggsa, jak i Scholesa. Jeśli zważyć, że obok nich biegał Carrick, drugiej linii MU wyraźnie brakowało szybkości.
Nawróciłem się dziś na Liverpool. Przez lata ściskałem kciuki za tę drużynę równie mocno jak za jej dzisiejszych rywali; moje emocje osłabły dopiero za ery Beniteza, zbyt często znaczonej pozbawionymi klasy wypowiedziami menedżera (ciekawe skądinąd, i z pewnością do analizy, jaką rolę w wiązaniu swoich emocji z daną drużyną przypisuję trenerowi – było nie było figurze ojca…) i sukcesywnie pozbawiającej drużynę wyspiarskiego charakteru. Dziś Liverpool nie dość, że znów grał pięknie, podawał fantastycznie, a do tego walczył po angielsku, to jeszcze wnosił tę niesamowitą wartość dodaną, jaką jest menedżer będący krwią z krwi i kością z kości tego klubu. Zgłaszałem wątpliwości w momencie, jak zaczynał; teraz z przyjemnością je wycofuję i dołączam do chóru apelujących o powierzenie mu funkcji trenera także w następnych sezonach. Chemię między nim a trybunami widać gołym okiem; chemia między nim a piłkarzami przychodzi z każdym kolejnym sukcesem – i z każdym kolejnym wprowadzanym do zespołu Kellym, Shelveyem czy Wilsonem…
Na dwóch piłkarzach wypada skupić całą uwagę: na Suarezie i Kuycie. Holender, od lat jeden z najjaśniejszych punktów tej drużyny jeśli idzie o etos pracy (a więc coś, co wraz z Dalglishem lubimy najbardziej), nawet gdy bywał zmuszany do gry na niepasujących mu pozycjach, wypadał zazwyczaj dobrze lub bardzo dobrze. Szkot znów ustawia go w ataku, a Holender nie dość, że swoją inteligentną grą bez piłki, szukaniem wolnego miejsca przy linii bocznej, wyciąganiem obrońców, stwarza miejsce do gry kolegom (w poprzednich meczach głównie Meirelesowi), to jeszcze sam zaczął zdobywać bramki. Dziś strzelił może trzy najłatwiejsze w swojej liverpoolskiej historii, ale jakże sobie na nie zasłużył przez te wszystkie lata.
Urugwajczyk z kolei… Co tu dużo gadać: akcja, po której Kuyt strzelił pierwszego gola, była jedną z najpiękniejszych w tym sezonie, a niżej podpisanemu przypominała słynny rajd Ricky’ego Villi, z tą różnicą, że Argentyńczyk jednak strzelał na bramkę. Ale Suarez to również, jak widać, dobre rzuty wolne, i również bieganie po całym niemal boisku (ustawiony za Kuytem, nieraz wracał po piłkę na własną połowę), czyli etos pracy – ustaliliśmy już, że wraz z Dalglishem lubimy to najbardziej…
Wyglądający mocno przeciętnie Manchester United w tydzień mocno skomplikował sobie drogę do mistrzostwa Anglii. Czy miało to związek z niespodziewanym w sumie postawieniem w obu meczach na system 4-4-2? Z wystawieniem od pierwszej minuty Berbatowa? Z niewystawieniem Fletchera? Z nadmierną tolerancją sędziego przy faulu Carraghera (gdyby wyleciał, być może nie doszłoby do drugiego incydentu, z Rafaelem)? Nie wiemy, niestety, co na ten temat sądzą Czerwone Diabły, bo nie dość, że rozmów z mediami odmówił po meczu Alex Ferguson, to podobne postępowanie wymusił na współpracownikach i piłkarzach. Nawet klubowa telewizja nie okazała się godna rozmowy…
Skomentuj ~Delphi87 Anuluj pisanie odpowiedzi