Gdyby Garetha Bale’a nie było, należałoby go wymyślić. Może zresztą go wymyślono, może przed dwumeczem Tottenhamu z Interem kandydatem na bohatera podobnej narracji był Jack Wilshere, tylko czerwona kartka w meczu z Birmingham zepsuła szyki jej autorom?
Wizerunek piłkarza angielskiej Premier League pogarszał się z roku na rok: megagwiazdy wyjeżdżały za granicę, w gorszących okolicznościach zmieniały kluby albo awanturowały się o podwyżki, a jakby tego było mało – stawały się przedmiotem skandali obyczajowych, albo uwodząc dziewczyny kolegów, albo sypiając z prostytutkami, kiedy w domu czekała ciężarna żona (o aferach pomniejszych, jak bójki w nocnych klubach czy pijatyki w pubach, nawet nie wspominam). Gdybym był szefem angielskiej ekstraklasy, negocjującym kolejny intratny kontrakt ze sponsorem tytularnym albo zastanawiającym się, ile są warte prawa do transmisji na najbliższe sezony, byłbym w ostatnich miesiącach cholernie zmartwiony. Podobnie gdybym był patriotycznie usposobionym, żyjącym z pisania o futbolu gościem z Fleet Street. Ech, żeby jeszcze tak koronkowo nie spieprzyli mundialu…
W ciągu ostatnich dwóch dni miałem okazję zrobić sobie kilkadziesiąt nowych fiszek do i tak pokaźnego archiwum na temat Garetha Bale’a (jeśli ktoś byłby zainteresowany spożytkowaniem tej wiedzy w formie, powiedzmy, kilkudziesięciostronicowej rozprawy, oczekuję propozycji…). Rzecz w tym, że dowiedziałem się nie tylko, ile kilometrów przebiegł podczas wtorkowego meczu (dwanaście, co samo z siebie nie robi aż tak wielkiego wrażenia, ale z tego aż 1114 metrów w tempie wyższym niż 21 kilometrów na godzinę, i aż 719 metrów sprintem, czyli szybciej niż 24 kilometry na godzinę – średnia dla piłkarza Premier League to odpowiednio 691 metrów przy 21 km/h i zaledwie 324 metry przy 24 km/h, przy trzecim golu, czyli w ostatniej minucie meczu, Bale przebiegł 68 metrów z prędkością ok. 30 na godzinę!; podobno w Tottenhamie żaden piłkarz nie miał takich statystyk od czasu, kiedy zaczęto je sporządzać) albo że dowiedziałem się, skąd się wzięły i do czego służą czarne taśmy, które przykleja sobie do ud (wzięły się z Japonii, nazywają się Kinesio, wcześniej używali ich m.in. Lance Armstrong i Venus Williams, i generalnie zabezpieczają używane w ekstremalnych warunkach mięśnie przed uszkodzeniami). Angielskie media bombardują mnie informacjami również na temat jego rodziców (mieszkają wciąż w Cardiff, a Bale spędził z nimi kilka dni wolnego, które Harry Redknapp dał mu w ubiegłym tygodniu), dziewczyny (ma ją jeszcze od czasów szkoły średniej i wygląda właśnie jak dziewczyna z liceum, nie ze sceny czy wybiegu dla modelek), niechęci do alkoholu (szampana za tytuł piłkarza meczu nie otworzył i nie zamierza otwierać), skromności (na trening zdarza mu się chodzić piechotą, porównania do Messiego nie robią na nim wrażenia, o zmianie klubu nie myśli, w ogóle jako piłkarz musi się jeszcze wiele nauczyć, a jeśli idzie o szybkość, to gdzie mu tam do Theo Walcotta…), społecznego zaangażowania (właśnie broni swojej dawnej szkoły przed zamknięciem)… Doprawdy: wymarzony idol dla młodzieży i wspaniała reklama, której straszliwie w ostatnich miesiącach potrzebuje angielski futbol.
Ja oczywiście nie twierdzę, że to wszystko zostało zmyślone. Więcej: w moim, jako kibica Tottenhamu, najlepszym interesie leży to, żeby Gareth Bale rzeczywiście okazał się normalnym chłopakiem z sąsiedztwa, któremu woda sodowa nie uderza do głowy. Jestem jednak świadom, że w ciągu dwóch tygodni jego wartość rynkowa wzrosła o kilkanaście milionów funtów (mówi się, że do trzydziestu), a specjaliści od marketingu uważają, że jako młody, przystojny, utalentowany Brytol może wyciągnąć w ciągu najbliższych pięciu lat jakieś dwadzieścia milionów z reklam (doradzałbym szampony, jeden lewoskrzydłowy Tottenhamu już je reklamował). W kwestii przyszłości Garetha Bale’a wolę się więc nie zakładać – choć ucieszyła mnie rada, której udzielił mu za pośrednictwem mediów jeden z takich speców od marketingu: „Trzymaj się, chłopie, Harry’ego Redknappa”.
PS Wiem, wieczór powinien należeć do Lecha i Manchesteru City, ale mnie ciągle nie minęła Balemania. Szczęśliwie wygląda na to, że i o jednych, i o drugich będziemy jeszcze mieli okazję pisać, bo przygoda Poznaniaków z Ligą Europejską ma wszelkie szanse potrwać dłużej niż dalszy ciąg kadencji Roberto Manciniego w zespole szejków. Jeżeli jeszcze straci punkty w niedzielę z West Bromwich, albo co gorsza we środę z Manchesterem United…
Skomentuj ~Tomas_h Anuluj pisanie odpowiedzi