Chelsea i Everton: dwie drużyny, których sezon przebiega w rytm padających kompletnie nieoczekiwanie komend „start” i „stop”. Start. Koncertowy w wykonaniu mistrza Anglii początek rozgrywek ligowych. Stop. Niespodziewane zwolnienie Raya Wilkinsa, listopadowo-grudniowy kryzys, wypadnięcie poza pierwszą czwórkę. Start. Styczniowe megatransfery. Stop. Odpadnięcie z Pucharu Anglii i kolejna fala prasowych spekulacji, że posada Carlo Ancelottiego jest zagrożona. Z Evertonem jest w sumie podobnie: odrobienie w doliczonym czasie gry dwubramkowej straty do Manchesteru United, zwycięstwa nad Liverpoolem, Tottenhamem czy (wyjazdowe!) z Manchesterem City piłkarze Davida Moyesa przeplatali np. z kompromitującymi porażkami na Goodison Park z West Bromwich i z Boltonem. Tyle że – choć i w przypadku Evertonu przebąkiwano coś o czarnych chmurach, zbierających się nad menedżerem – lamentowanie nad straconym sezonem The Toffees wciąż utrzymuje się na poziomie moderato, po odpadnięciu zaś Chelsea z Pucharu Anglii medialna orkiestra spekulująca nad zwalnianiem Carlo Ancelottiego znów gra vivace – jeżeli nie presto… Wydarzenia przyspieszają do tego stopnia, że w „Daily Mail” całkiem serio rozważa się, czy po Ancelottim przyjdzie Van Basten, czy może… Mourinho.
Przyznam, że te spekulacje irytują mnie w równym stopniu jak przed miesiącem i mam poczucie, że największym wrogiem Chelsea może się okazać – nie pierwszy zresztą raz – jej właściciel. Oczywiście w styczniu Roman Abramowicz potężnie sypnął groszem, pytanie jednak, na ile będzie cierpliwy w oczekiwaniu na efekt tych wydatków. Pytanie, na ile to jego decyzje destabilizowały pracę sztabu szkoleniowego i pionu dyrektorskiego. Pytanie też, w jakim stopniu np. transfer Torresa był uzgadniany z menedżerem (casus Szewczenki sprzed lat…). W jakiej formie na razie znajduje się Hiszpan musiał podczas meczu z Fulham dostrzec nawet Rosjanin, skoro widzieli to wszyscy kibice i skoro widzą to szkoleniowcy, którzy zaordynowali właśnie Torresowi dodatkowe treningi szybkościowe.
Wczoraj, w spotkaniu pucharowym z Evertonem, najdroższy piłkarz w historii Chelsea oczywiście nie mógł zagrać, co oznaczało powrót do tyleż sprawdzonego, co nie zawsze ostatnio efektywnego ustawienia z Drogbą, Maloudą i, zamiast Anelki, Kalou w trzyosobowym ataku (ech, gdyby w Chelsea grał niejaki Sturridge, którego z taką przyjemnością oklaskujemy w Boltonie…), oraz Mikelem, Ramiresem i Lampardem w drugiej linii. Wymieniam te nazwiska, żeby podkreślić nieobecność w wyjściowej jedenastce choćby Essiena (a na prawej obronie Bosingwy; Luiz podobnie jak Torres nie mógł zagrać, więc Ivanović wystąpił na stoperze, a z boku ustawiono rzadziej w tym sezonie wykorzystywanego Ferreirę) – ale i w Evertonie nie mógł przecież grać przerażająco skuteczny Saha. Chelsea znów zbyt rzadko atakowała skrzydłami (któż zresztą miał to robić, skoro Ashley Cole musiał uważać na Colemana, a Ferreira na Bainesa?). W kwestii nosa menedżera, Ancelottiego wypada pochwalić za zmiany: druga linia z Essienem prezentowała się lepiej niż z zachowawczym Mikelem, a Anelka wniósł sporo zamieszania w podmęczonej linii obrony gości, częściej niż Kalou schodząc do boków, wyciągając za sobą stoperów i ostatecznie przyczyniając się do strzelenia przez Chelsea bramki, która powinna była przesądzić o zwycięstwie, a w konsekwencji – o nierozpisywaniu się przeze mnie na ten temat.
Że tak się nie stało, zdecydował nos drugiego menedżera: do rzutu wolnego w końcówce dogrywki początkowo przymierzał się Arteta, ale Moyes wolał, aby wykonawcą był Baines, a potem, kiedy przyszło już do rzutów karnych, jako ostatniemu Szkot kazał strzelać Philowi Neville’owi, w przekonaniu, że właśnie tak doświadczony piłkarz poradzi sobie z presją, nawet jeśli jego pozycja na boisku raczej nie uprawniałaby do myślenia o nim w kontekście jedenastek. Pomyśleć, że zabiegający w styczniu o Neville’a Tottenham składał oferty w wysokości… 250 tys. funtów.
Jak widać porażka z Evertonem pozostaje dla mnie tym, czym w istocie była: wypadkiem przy pracy. Po losowaniu Ligi Mistrzów można uznać, że ćwierćfinał jest w zasięgu ręki, na odwojowanie miejsca w pierwszej czwórce zostało kilkanaście spotkań – paradoksalnie może to i lepiej, że o Puchar Anglii zaawansowana wiekowo kadra Chelsea nie musi się już martwić? Dzisiejszy mecz Arsenalu z Leyton Orient z pewnością przyprawił Arsene’a Wengera o ból głowy z tego właśnie powodu: Kanonierzy wciąż walczą na czterech frontach, ale konieczność rozegrania w tej walce jeszcze jednego meczu jest wiadomością fatalną. Arsenal, podobnie jak Manchester United, może być mistrzem Anglii, może wygrać Ligę Mistrzów i dwa krajowe puchary, na to wszystko jednak trzeba mieć szeroką i wyrównaną kadrę, a wyobraźmy sobie, co by było, gdyby kontuzja odniesiona w powtórzonym meczu z Leyton Orient uniemożliwiła któregoś z kluczowych piłkarzy Arsenalu starcia z europejskimi i angielskimi gigantami.
Nie wiem, rzecz jasna, czy rozpisując się o możliwościach, które wciąż mają ich najwięksi rywale, bardzo kibiców Chelsea pocieszyłem.
Skomentuj ~Michał Zachodny Anuluj pisanie odpowiedzi