Przyłapałem się na tym, że jeśli używam czasem tytułowego sformułowania, to zawsze w jednym kontekście: Arsenalu Arsene’a Wengera. A przecież, według zgodnej opinii fachowców, najpiękniejszy futbol świata gra obecnie Barcelona Josepa Guardioli. We wtorek i środę była okazja zobaczyć oba zespoły w walce o finał Ligi Mistrzów. Niezależnie zaś od tego, czy i jakie mają szanse na bezpośrednią konfrontację w tym finale, i niezależnie od tego, że najpiękniejszy futbol świata Arsenal grał w czasach Henry’ego i Bergkampa (choć i dziś Fabregas i Arszawin potrafią zaczarować jak tamta dwójka…), warto zastanowić się nad użytecznością samego pojęcia.
Czym bowiem okazał się najpiękniejszy futbol świata Barcelony w zderzeniu z ekonomicznym futbolem Chelsea? W jakimś sensie jestem zdziwiony, że ludziom Hiddinka wystarczyło tak niewiele, żeby zatrzymać zespół Guardioli. Owszem, Czech kilkakrotnie interweniował, owszem: w polu karnym bezapelacyjnie rządził John Terry (od razu widać, jak go brakowało w meczu z Liverpoolem…), ale przecież największe problemy mieli mieć w tym meczu boczni obrońcy – grający nie na swojej pozycji Bosingwa ustawiony na przeciwko Leo Messiego i wciąż mało ograny Ivanović. Formacja 4-2-3-1, z powodzeniem zastosowana przez Liverpool w konfrontacji z kastylijskim gigantem, posłużyła i w rywalizacji z gigantem katalońskim. Zachwyty nad Michaelem Essienem wygłaszałem już mnóstwo razy – tu udanie wspierał go Mikel, ale w defensywie ciężko pracował też Ballack… Poza organizacją gry obronnej niewiele można w Chelsea pochwalić, a przecież do remisu wystarczyło.
A czym okazał się najpiękniejszy futbol świata Arsenalu w zderzeniu z… tu warto chwilę pomyśleć nad doborem przymiotnika; futbol totalny pozostaje zarezerwowany, może więc: w zderzeniu z absolutnym futbolem Manchesteru? Pierwsze 45 minut to była przecież miazga: gdyby nie Almunia mogło być 4:0, zamiast tysiąca podań Arsenalowi z trudem udawało się wymienić dwa-trzy. Futbol absolutny, bo w Manchesterze funkcjonowało absolutnie wszystko. Evra, który w sobotę miał (nie pierwszy raz w tym sezonie) gigantyczne problemy z Aaronem Lennonem, z Theo Walcottem radził sobie znakomicie. Na Adebayora wystarczył jeden stoper: drugi rozpoczynał akcje, a nawet przekraczał linię środkową. Trójka pomocników niemal nie pozwoliła Cescowi Fabregasowi dotknąć piłki, trójka piłkarzy ofensywnych z kolei (Rooney znów na lewym skrzydle, Tevez jak rzadko kiedy w pierwszym składzie…) zmuszała naprędce skleconą obronę Arsenalu do popełniania kolejnych błędów. Świetnie zagrał Fletcher, bardzo dobrze O’Shea… Dobrze, że duński sędzia sędziował ten angielski półfinał po angielsku: pozwalał grać, nie gwizdał bez potrzeby, no i nie dał się nabrać na teatralny upadek Ronaldo.
Po pierwszych półfinałach trudno się było spodziewać gry bardziej otwartej; kto zagra pięknie, ekonomicznie czy absolutnie w rewanżu – zobaczymy. Zanim do tego dojdzie, dorzucę tylko jeden wątek: zawieszenia broni między menedżerami MU i Arsenalu. Tym razem nikt nie wracał do awantur sprzed kilku sezonów, kiedy van Niestelrooy nie wykorzystał karnego, Alex Ferguson został trafiony kawałkiem pizzy, a Roy Keane i Patrick Viera szarpali się w tunelu. Obawiam się, że powód jest prosty: Wenger przestał być rozdającym karty; groźniejszymi przeciwnikami Szkota okazują się Rafa Benitez i kolejni trenerzy Chelsea, więc wobec menedżera Arsenalu może pozwolić sobie na uprzejmość. A może Ferguson i Wenger czują się już jak ostatni Mohikanie: po rezygnacji Grahama Turnera z kierowania Hereford United to oni dwaj pozostają najdłużej pracującymi w jednym miejscu menedżerami angielskich klubów?
Skomentuj ~Arturro Anuluj pisanie odpowiedzi