Nie można przegrać w ładnym stylu, można tylko przegrać – tłumaczył kiedyś Arsene Wenger swoje okropne zachowanie po którejś z porażek Arsenalu. Zdanie pasujące jak ulał do wypowiedzianej przez Alexa Fergusona kwestii „typowi Niemcy”, adresowanej skądinąd do Francuza i Holendra, czyli Francka Ribery’ego i Marka van Bommela. Frustrację Typowego Szkota można zrozumieć, choć nie sposób się z nią utożsamić. Manchester United odpadł z Ligi Mistrzów przez własne błędy, albo przez własne problemy, które błędy te pozwoliły unaocznić.
Jakież to zresztą było typowe: świetnie grająca drużyna gospodarzy zdejmuje na chwilę nogę z gazu i w pierwszej chwili gapiostwa traci bramkę, wydarza się to tuż przed przerwą, podczas której w jednej z szatni dominuje nadzieja, że wystarczy już tylko jeden gol, w drugiej zaś – rozczarowanie, że tyle pracy poszło na marne… To komunał, że przy takim wyniku kluczowe momenty meczu przychodzą kilka minut przed przerwą i kilka minut po przerwie – jeżeli wówczas prowadzenie udaje się ochronić, później powinno być już dobrze.
Ten mecz jest już jednak historią, podobnie jak udział angielskich drużyn w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów (po raz pierwszy od 2003 r. wszystkie odpadły przed półfinałami). Nie ma sensu rozpisywać się o czerwonej kartce dla Rafaela (była słuszna), ani o tym, czy warto było ryzykować z Rooneyem (sądząc z wyniku, i z tego, że Anglikowi odnowiła się kontuzja – nie warto było, choć pewnie z Berbatowem w wyjściowej jedenastce tak miażdżący początek MU nie byłby możliwy). Nie ma także sensu rozważać (choć zawsze interesująco czytać, kiedy robi to David Pleat), czy w ciągu ostatnich 30 minut można było przyjąć inną taktykę, nie oddając Bayernowi aż tyle terytorium. I nie ma sensu wracanie do pierwszego meczu – biadanie nad utratą koncentracji piłkarzy MU w ciągu ostatnich 20 minut i pytanie, czy wprowadzenie na boisko Berbatowa i Valencii było słuszne.
Faktem jest, że poza dwumeczem z Milanem zespół Fergusona w tym sezonie Champions League nie przekonywał. Faktem jest, że do obsady kilku pozycji na boisku można mieć zastrzeżenia (a wyobraźcie sobie, co by się działo, gdyby na wiele miesięcy wypadli z gry Evra i Fletcher; o życiu bez Rooneya napisano już aż za dużo). Faktem jest, że Szkot ma problem z ustabilizowaniem formy kilku piłkarzy: jeśli nawet lepiej grają Valencia czy Nani, to dramatycznie bez formy pozostaje Carrick, Berbatow zdaje się nie wierzyć w siebie, podobnie jak zdaje się nie wierzyć w niego jego trener, Scholes, Giggs i Neville nie zrobią się już młodsi, a dostający coraz częściej szanse Rafael – przy niewątpliwym talencie – nie potrafi wydorośleć. Jak mówił po wczorajszym meczu Luis van Gaal (przywołując kolejny komunał), jednym z podstawowych elementów piłkarskiego elementarza jest panowanie nad sobą: każdy piłkarz, który otrzymał żółtą kartkę musi wiedzieć, że w przypadku drugiej wyleci z boiska.
Zostajemy z pytaniami. O końcówkę sezonu Manchesteru United, tracącego do Chelsea dwa punkty. O zdrowie Wayne’a Rooneya (w weekend z Blackburn pewnie nie zagra). O przebudowę drużyny po sezonie – zwłaszcza o przyszłość Carricka, Berbatowa, Andersona, Owena oraz seniorów. I najważniejsze, a propos seniorów: o wolę Alexa Fergusona, by zrobić to wszystko jeszcze raz.
W kwestii wczorajszej – czy liga angielska wciąż jest najmocniejsza – odpadnięcie Manchesteru hipotezę moją raczej wzmacnia, a do listy tych, którzy wyjechali, wypada dopisać Robbena. Kolejne argumenty ćwierknął mi Rafał Stec: „Mniej wielkich meczów, drużyny z czołówki pełne skaz, nie ma już TAMTEGO Manchesteru, nie ma supergrupy jak tamta niezniszczalna Chelsea i jak zniewalający Arsenal »niezwyciężonych«”. I to pewnie pytanie najciekawsze: o kształt posezonowego przesilenia, które niewątpliwie czeka drużyny dotychczasowej Wielkiej Czwórki, niezależnie od tego, które miejsce zajmą na koniec sezonu. Nie tylko ze względu na mundial, czeka nas wyjątkowo gorące lato: zapowiedzi zakupów płyną z obozów Chelsea i Arsenalu, a gołym okiem widać, że również MU i Liverpool będą musiały się wzmocnić. Czy będą miały za co i czy ci najbardziej pożądani będą chcieli przyjść akurat do nich, to zupełnie inna kwestia.
Skomentuj Michał Okoński Anuluj pisanie odpowiedzi