Są jednak takie poranki, w których zamiast podzielać powszechny zachwyt świetnym meczem czuję obrzydzenie piłką nożną. Słyszę te wszystkie slogany o dumie, honorze, byciu mężczyzną itd., czytam puste słowa o odwiecznej rywalizacji klubów czy trenerów, mające usprawiedliwić zachowanie, którego usprawiedliwić się nie da: Jose Mourinho, trener o wielkich zaiste umiejętnościach, kierujący wielkim klubem i wielkimi piłkarzami, w obliczu porażki zachowuje się jak bandzior.
Są rzeczy, które jakoś można zrozumieć: zawsze przegrywał na tym stadionie (w tym raz, w listopadzie, w sposób kompromitujący), a tym razem był tak blisko dogrywki… Jego piłkarze byli dla Barcelony godnymi przeciwnikami. W zasadzie wyeliminował błędy z poprzednich spotkań. W zasadzie wymyślił koncepcję gry pozbawiającą Katalończyków atutów (poza tym jednym jedynym: sposobem na powstrzymanie Messiego…). W zasadzie im dalej w mecz, tym bardziej się wydawało, że szanse Realu rosną, bo Barcelona słabnie (kilku jej piłkarzy – ze wspomnianym Messim na czele – wróciło dopiero co ze skróconych wakacji po Copa America)…
Można też zrozumieć frustrację kogoś, kto musi patrzeć na te wszystkie incydenty, w których piłkarze rywala przewracają się nawet po niezbyt ostrych wejściach (inna sprawa, że było wiele starć, głównie z udziałem Pepe i Marcelo, po których zawodnicy Barcelony mieli dobre prawo zwijać się z bólu…). Można zrozumieć gorycz porażki, boleśnie uświadomionej w chwili, gdy Marcelo zobaczył czerwoną kartkę za brutalny faul na Fabregasie. Ale czy to wszystko oznacza, że Mourinho musiał wchodzić w kocioł szarpiących się zawodników, by włożyć palec do oka Tito Vilanovy?
Moim zdaniem nie. Moim zdaniem piłka nożna tym między innymi różni się od podwórkowej bijatyki, że jest teatrem, opartym na konwencjach, w ramach których uczestnicy widowiska mogą się poruszać, a osoby słusznie uważające się za reżyserów odpowiedzialne są także za zachowanie tych konwencji. To nie jest knajpiana bójka, w której ostatecznym argumentem są kastety i noże (od wkładania palca w oko jesteśmy już przecież całkiem niedaleko podobnych „narzędzi”…).
Pisałem o Wyjątkowym niejeden raz. Cytowałem zdanie Carlo Ancelottiego, który napisał w autobiografii, że obecny trener Realu porównuje się do Jezusa (zestawienie efektowne, choć z pewnością nietrafne: Jose Maria dos Santos Felix Mourinho niewątpliwie uważa się za mesjasza, ale pokora Syna Cieśli jest ostatnią cechą, którą moglibyśmy mu przypisać). Pisałem, że nie cenię ludzi, których napędza wyłącznie rywalizacja, którzy żyją w stanie permanentnej konfrontacji z całym światem i którzy w ramach tej konfrontacji przekraczają kolejne granice dopuszczalnych zachowań. To słowa sprzed półtora roku: „On po prostu musi być na wojnie – wszystko jedno: z sędziami, z władzami ligi, z dziennikarzami czy z innymi menedżerami (znów Ancelotti: »Jeśli wygramy z Interem, sprawimy radość całym Włochom«; Mourinho: »Mówi tak, bo należy do mafii«). Musi też czuć się najlepszy i musi stale słyszeć, że jest najlepszy – a jeśli zbyt długo tego nie słyszy, nie omieszka sam o tym przypomnieć”.
Dziś jestem zdania, że o Mourinho trzeba pisać znacznie ostrzej. Gerard Pique powiedział wczoraj, że trener Realu niszczy hiszpańską piłkę, ale ja mam poczucie, że zaprezentowany przez niego rodzaj niepanowania nad sobą jest niebezpieczny nie tylko w Hiszpanii. W końcu: czy można wymagać od kibiców, by nie zabijali się nawzajem, skoro taki przykład daje im jeden z największych trenerów świata?
Zdaję sobie sprawę z nierealności tego postulatu, ale jak go nie sformułuję, to mi nie ulży: za napaść na asystenta Guardioli (a wcześniej było m.in. pokazywanie, że Messi i Dani Alves śmierdzą, kiedy przyszło im wyrzucać piłkę z autu tuż przy ławce Realu…) zdyskwalifikowałbym Mourinho na rok.
Skomentuj ~football-corner. Anuluj pisanie odpowiedzi