Czasem, niezbyt często zdarza się tak, że patrzę na jakiś mecz z poczuciem, że wszystko to ułożyłem sobie w głowie. Nie ostateczny wynik oczywiście, a zwłaszcza nie minuty, w których padały bramki, ale zwycięzcę, składy i taktykę, głównych bohaterów dramatu… Jasne: wygrana MU wisiała na włosku do ostatnich sekund, ale przecież gdyby nie Shay Given, którego nie mogę się na tym blogu nachwalić, po godzinie gry nie budziłaby żadnych wątpliwości (ciekawe skądinąd, czy jakiś frik poważył się kiedyś na podliczenie punktów, które MC i Newcastle zawdzięczają interwencjom Irlandczyka – z pewnością byłoby tego sporo).
Given to pierwszy z bohaterów, kolejny to Owen, o którego nieskreślanie także na tym miejscu apelowałem. Trzeci – Ryan Giggs, którego kluczowe podanie zapewniło Czerwonym Diabłom trzy punkty, a którego strzały, dośrodkowania i tzw. przegląd sytuacji predestynowały do miana piłkarza meczu. Czwarty to inny oczywisty kandydat na piłkarza meczu Darren Fletcher, którego fenomenalny rozwój w ciągu ostatnich miesięcy bywał przez nas omawiany co najmniej kilkakrotnie (Jamie Redknapp zastanawiał się w studiu Sky Sports, czy gdzieś w świecie istnieje drugi piłkarz, który w wieku dojrzałym wykonał taki skok rozwojowy; ciekawe, czy Arsene Wenger, zarzucający Fletcherowi antyfutbol, oglądał derby Manchesteru?). Piąty to Craig Bellamy, którego transferu broniłem… Rozumiecie już, skąd zaczerpnięty od Kołakowskiego tytuł?
Nie spodziewałem się występu Teveza, który przez kilkanaście dni zmagał się z kontuzją kolana, ale skoro już wystąpił, stał się bohaterem numer sześć, harującym na całym boisku w stylu, do którego bywalców Old Trafford zdołał przyzwyczaić. Nie spodziewałem się również niepewnej w kilku kluczowych momentach postawy bloku defensywnego gospodarzy – z którego wyjmuję Bena Fostera, bo że bramkarz ten przy całym swoim talencie bywa niepewny (i że niezbyt dobrze się ustawia: patrz gole numer jeden i trzy), zdołałem się już przyzwyczaić. Ech, gdyby Given był Anglikiem, pomyślał ze złością Fabio Capello…
Dyskusja o doliczonym czasie gry wydaje mi się bezprzedmiotowa. Po pierwsze (wybaczcie myśl nienową), dopóki sędzia nie gwizdnie, trzeba walczyć. Po drugie, po tym, jak sędzia techniczny podniósł tabliczkę z cyfrą „4”, wydarzyły się dwie rzeczy: Bellamy zdobył trzecią bramkę dla City, co zaowocowało kilkudziesięciosekundową euforią gości, i Carrick zmienił Andersona, co zatrzymało mecz na sekund kilkanaście. Na poziomie kilkunastu sekund różnicy (tyle mi wychodzi po zsumowaniu tych przerw) doprawdy nie wypada być aptekarskim.
Tak czy inaczej były to wspaniałe derby, „beautiful game”, jak napisał mi w esemesie jeden z moich ulubionych czytelników („breathtaking”, odpowiedziałem). Emocji nie brakowało przed meczem, a atmosferę na Old Trafford podgrzały jeszcze transparenty na Stretford End: „Wasi piłkarze robią pieniądze, nasi – historię” oraz „Witamy w Manchesterze: 18 mistrzostw kraju, 3 Puchary Europy i 11 Puchary Anglii”. Ale triumfalistyczne komentarze typu „po tym właśnie poznaje się mistrzów” (w sensie: po walce do końca i podnoszeniu się po każdym kolejnym ciosie) nie powinny przysłonić faktu, że ktoś jednak potrafił mistrzom strzelić trzy gole i do ostatnich sekund trzymał ich za gardło. Fakt pozostaje faktem: Mark Hughes zbudował drużynę, a przez niemal całą pierwszą połowę kompletnie zdominował zespół swojego dawnego mentora. Gdyby jeszcze Tevez umiał wykończyć akcję równie skutecznie jak Owen, hi, hi.
A gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, co to znaczy być kibicem Tottenhamu, proszę bardzo: oto ilustracja. Wyjść na Stamford Bridge, gdzie nigdy nie grało się łatwo, w dodatku mierzyć się z drużyną idącą od początku sezonu od zwycięstwa do zwycięstwa, i przez pół godziny co najmniej dotrzymywać jej kroku (ech, gdyby nogi Czecha nie powstrzymały uderzenia Defoe, gdyby strzał Jenasa poszedł minimalnie inaczej…), a i przy stanie 1:0 nie ustępować rywalom, żeby potem stracić najlepszego obrońcę i nie dostać ewidentnego karnego… Kim dla tej drużyny jest Ledley King również kilka razy pisałem – zaraz po jego zejściu Harry Redknapp powiedział do Kevina Bonda, że teraz już nie uda się powstrzymać Drogby, i rzeczywiście miał rację. Kłopot, przed jakim stoi Tottenham w najbliższych tygodniach, to już nie tylko nieobecność Luki Modricia, ale także CZWÓRKI środkowych obrońców (do kontuzjowanych Woodgate’a i Dawsona, oraz oczywiście Kinga, doszedł jeszcze Bassong, zniesiony dziś z boiska i przewieziony do szpitala – z nich wszystkich tylko Dawson rokuje na w miarę szybki powrót na boisko). Walka o Ligę Mistrzów? Może przez pierwsze pół godziny tak to wyglądało, ale teraz… Teraz warto się przyłożyć do środowego meczu o Puchar Ligi, żeby nie stracić jednej z szans awansu do Europa League.
Zresztą zobaczcie tabelę. Sześć meczów, i już pierwszą trójkę tworzą Chelsea, MU i Liverpool (cóż za mecz z West Hamem, cóż za popis Torresa…), a Arsenal pozostaje bardzo blisko (a propos moich słusznych poglądów na wszystko: warto było kupić Vermaelena, czyż nie?). Pozbierała się Aston Villa, kolejny raz wygrał Everton, Manchester City przegrał dopiero pierwszy mecz: w czubie tabeli i tym razem będzie ciasno.
A ulubiony mecz kolejki? Jednak Burnley-Sunderland. Przy wszystkich inwestycjach gości, przy formie strzeleckiej Darrena Benta i klasie menedżerskiej Stevena Bruce’a, magia Turf Moor wciąż działa; to dziewiąte kolejne zwycięstwo gospodarzy na tym stadionie. Czym może być atut własnego boiska dla drużyny broniącej się przed spadkiem pokazało przed rokiem Stoke. Czy nie byłoby fajnie, gdyby w lidze bogaczy utrzymał się i umocnił kolejny kopciuszek?
Skomentuj ~Golden_Guy Anuluj pisanie odpowiedzi