Asystę za najlepszą rolę drugoplanową otrzymuje najstarszy debiutant w historii Premier League, Brad Friedel. Gdyby nie Amerykanin, śrubujący rekord nieprzerwanych kolejnych występów w angielskiej ekstraklasie do poziomu 276 spotkań, Manchester United strzeliłby jeszcze, niech policzę… cztery? pięć bramek?
Oczywiście można ten wynik przypisać decyzji Harry’ego Redknappa, który po zdobyciu przez mistrzów Anglii pierwszego gola zdecydował o zdjęciu z boiska nieźle radzących sobie Krajnczara i Livermore’a i powierzenia ich obowiązków nie tylko wchodzącemu z ławki Huddlestone’owi, ale słabnącemu z każdą minutą i myślącemu wyłącznie o grze do przodu van der Vaartowi. To po tej zmianie wyrwa w środku pola zaczęła robić się rażąca, a Cleverley, Anderson, Young czy Rooney mieli przed sobą dobre trzydzieści metrów do tego, żeby się rozpędzić. Rozumiem oczywiście, że menedżerowi Tottenhamu jest wszystko jedno, czy przegrywa jedną bramką, czy trzema, i że w takiej sytuacji czasem warto zaryzykować (zważmy zresztą: gdyby po błędzie de Gei w 80. minucie Defoe zmieścił piłkę pod poprzeczką, zamiast w nią trafić, kolejne dziesięć minut z pewnością wyglądałoby inaczej), ale… i z własnego doświadczenia, i z niezliczonych lekcji historii swojego obecnego klubu powienien wiedzieć, co to znaczy ryzykować na Old Trafford.
Za chwilkę będę się zachwycać Manchesterem United – pozwólcie jeszcze na słówko o Tottenhamie. Myślę zresztą, że zasłużyli tymi pięćdziesięcioma paroma minutami wyrównanej walki, toczonej – przypomnijmy – bez Luki Modricia (ależ brakowało jego umiejętności utrzymania się przy piłce, podholowania jej przed pole karne rywala, zastawienia się w poszukiwaniu faulu itd.), z wielką koncentracją w grze obronnej (Nani nie pograł sobie przy Assou-Ekotto), z przyzwoitymi statystykami posiadania piłki i z niezłym występem młodego Livermore’a. Problem, jaki widziałem w ciągu tej blisko godziny, można by streścić angielskim zwrotem decision making: kiedy już dwa czy trzy razy gościom udało się przedostać w okolice bramki de Gei, podejmowali złe decyzje – czy to holując piłkę za długo (zwłaszcza Lennon), czy próbując strzelać z nieprzygotowanej pozycji (zwłaszcza van der Vaart). Wymieniłem Lennona i van der Vaarta, bo to pomiędzy nimi doszło do dramatycznej wymiany zdań na chwilę przed golem Welbecka – kiedy skrzydłowy Tottenhamu oszukał Evrę, wdarł się w pole karne, miał czas i miejsce, żeby celniej podać, niechby i do Holendra… Przypuszczam jednak, że w tej konkretnej sytuacji każdy z ofensywnych graczy z Londynu zachowałby się podobnie: nie znoszę usprawiedliwiać porażek psychologią, ale wydaje mi się oczywiste, że podopieczni Harry’ego Redknappa po prostu nie wierzyli w zwycięstwo.
A w tej sytuacji wygrać mogła tylko jedna drużyna – ta, która nie zraża się, jeśli natrafia na opór, tylko konsekwentnie prze do przodu, jeśli nie udaje się środkiem, to skrzydłami, a jeśli nie udaje się skrzydłami, to środkiem. Niewiarygodne możliwości ma w ofensywie Alex Ferguson, jeżeli do grających dziś od pierwszej minuty piłkarzy doliczyć Hernandeza i Berbatowa. Po takim występie Danny Welbeck nie odda łatwo miejsca w wyjściowej jedenastce: młody Anglik może zbyt często się cofał w pierwszej połowie, ale później nie tylko strzelił gola, nie tylko fenomenalnie asystował przy drugim i nie tylko próbował strzelić trzeciego przewrotką, ale biegał od skrzydła do skrzydła, wyciągając za sobą obu stoperów gości, a nade wszystko: znakomicie współpracował z Rooneyem. A cóż powiedzieć o oddawaniu miejsca przez Toma Cleverleya, dośrodkowującego przy kluczowym pierwszym golu i kontrolującego grę w drugiej linii? A o fenomenalnym Philu Jonesie, dyrygującym obroną jakby już teraz był kapitanem drużyny? Podobno Rio Ferdinand ma być gotów na niedzielny mecz z Arsenalem – nie widzę potrzeby. Doprawdy: w tej młodej, sprawiającej wrażenie niewiarygodnie głodnej sukcesów drużynie (są w niej jeszcze Rooney, nieustannie operujący między liniami czy – jak przy akcji na 2:0, gdy odbierał piłkę van der Vaartowi – wręcz przed własnym polem karnym, oraz Young, który zamienił w piekło życie dwóch kolejnych prawych obrońców Tottenhamu), jedynym słabym punktem jest bramkarz. David de Gea także dziś boleśnie pomylił się wychodząc do dośrodkowania (to wtedy Defoe trafił w poprzeczkę) i kilkakrotnie wypuszczał niegroźne strzały, narażając się czy to na dośrodkowania z rzutów rożnych, czy na ostre wejście Defoe’a w ostatniej minucie.
Poza tym jednak, mimo pokoleniowej zmiany, to wciąż ten sam Manchester United, przy wyrównanej wydawałoby się grze uparcie dążący do zdobycia pierwszego gola, a potem miażdżący rywala falą szybkich ataków. No mistrzowie, po prostu – ci sami, co zawsze, tylko… młodsi.
Skomentuj ~Tomas_h Anuluj pisanie odpowiedzi