„Gole są przeceniane”, powtarzali ci z nas, co to zanim wczorajszego wieczora mieli kawał dobrej zabawy, zdążyli mieć w ręku choć jeden z numerów „Blizzarda”. Mniejsza o bramki: najpiękniejsza w piłce nożnej jest walka, wysiłek, w poniedziałek spotęgowany jeszcze w falach ulewnego deszczu, ale polegający także na próbach znalezienia sposobu taktycznego przechytrzenia rywala. W przypadku meczu Arsenal-Liverpool wypada przecież przyznać, że obie drużyny znajdowały takie sposoby i że w związku z tym wynik bezbramkowy wydaje się nieprawodopodobieństwem. Gdyby nie dwaj bramkarze, zwłaszcza Petr Cech i jego interwencje po strzałach Benteke i Coutinho w pierwszej połowie… John Terry, który mówił, że jego dawny kolega zdobędzie dla Arsenalu dodatkowe dziesięć-piętnaście punktów w sezonie, już w trzeciej kolejce może odfajkować pierwsze dwa. Chociaż bo ja wiem: może raczej należałoby mówić o rehabilitacji za wpadkę podczas inauguracyjnego meczu z West Hamem…
Forma bramkarza to jeden powód do zadowolenia Arsene’a Wengera, drugi: fakt, że nieobecność pary stoperów Koscielny-Mertesacker nie zakończyła się katastrofą (na środku obrony zagrali Gabriel z Chambersem, Anglik jednak wypadł fatalnie, nie potrafiąc upilnować Coutinho i Benteke, źle się ustawiając przy pułapkach ofsajdowych i mając podstawowe problemy z wyprowadzaniem piłki), trzeci – wyraźnie lepsza gra po przerwie. Powód do narzekania? Niesłusznie nieuznany gol Ramseya. Ale przecież w przypadku Arsenalu nad tym emocjonującym i z pewnością nieprzynoszącym wstydu remisem unosi się coś jeszcze; coś, co podczas oglądania w Sky Sports poprzedzającego sam mecz Monday Night Football, wydawało mi się zawstydzającą niemal oczywistością.
Mówiąc o najlepszych latach Arsenalu Wengera Jamier Caragher, Gary Neville i Thierry Henry zwracali uwagę, że drużyna ta grała niegdyś szybko i bezpośrednio, przenosząc się pod bramkę rywala przy pomocy trzech-czterech podań. Że w środku pola występowali bezwzględni niszczyciele, tacy jak Emanuel Petit czy zwłaszcza Patrick Vieira. Że wśród Kanonierów nie brakowało wielkich osobowości, prawdziwych liderów, zdolnych do wzięcia odpowiedzialności i potrząśnięcia resztą ekipy, gdy coś zaczyna iść nie tak. Co się z tym wszystkim stało? Henry postawił hipotezę, rozwiniętą później przez Neville’a, że Wenger zmienił filozofię, gdy zaczął pracować z Fabregasem – że w pewnym momencie postanowił zbudować zespół wokół młodego Katalończyka. Co okazało się błędem nie tylko dlatego, że Fabregas wkrótce wrócił do Barcelony – przy wszystkich jego talentach do rozgrywania piłki wymaga on przecież asekuracji ze strony kolegów (patrz pod Matić, a czasem także Ramires, towarzyszący mu w Chelsea). „To albo arogancja, albo naiwność” – grzmiał Neville na temat miękkiego podbrzusza Arsenalu, osłabiając siłę oskarżenia wyznaniem, że jeśli nie macierzystemu Manchesterowi United, życzyłby wygrania ligi właśnie Kanonierom.
Owszem, Francis Coquelin i tym razem dwoił się i troił (pięć wślizgów, sześć przechwytów, dwa bloki defensywnego pomocnika), ale na dłuższą metę widać, że on sam jeden nie wystarczy. Tej drużynie potrzebna jest trwała równowaga, której nie zapewnią ani fenomenalnie utalentowani, ale zbyt rzadko wracający do strefy obronnej gracze typu Sancheza czy Ozila, ani Cazorla, któremu również zdarzało się wczoraj podawać pod nogi rywali, ani nadmiernie ofensywnie ustawieni boczni obrońcy (w sam raz, żeby Benteke miał gdzie zbiegać…). „Więcej walczaków w środku pola, więcej walczaków w środku pola” – powtarzamy od lat jak mantrę, zwodzeni pojedynczymi meczami, jak ten styczniowy z Manchesterem City, podczas których wydaje się, że Wenger wreszcie załapał.
Ale Wenger nie załapuje. Na jego Arsenal patrzy się z radością i zachwytem, pomieszanymi wszakże z frustracją, że oto za chwilę, po stracie piłki, za plecami tych wyrafinowanych konstruktorów ziać będą będą ogromne dziury. To trochę tak, jakby Gaudi wznosił swoje szalone budowle bez fundamentów.
Skomentuj hazz2 Anuluj pisanie odpowiedzi