Czy po wczorajszym meczu są w ogóle jacyś niezadowoleni? Powody do satysfakcji mają zarówno kibice Interu (bo zagrał dobry mecz i wygrał), jak kibice Chelsea (bo zagrała dobry mecz i strzeliła bramkę na wyjeździe), a także wszyscy widzowie neutralni – bo wbrew wszelkim spodziewaniom obejrzeli znakomite, pełne otwartej gry spotkanie. Któż mógłby przypuszczać, że zawodnicy z Anglii i Włoch będą tyle biegali, zamiast roztropnie człapać, spleceni w gargantuicznym pojedynku w środku pola? A może, paradoksalnie, bramka Milito padła zbyt szybko, psując perfekcyjny scenariusz ułożony w głowach obu menedżerów?
Wyobrażam sobie oczywiście, że obie strony mogłyby być zadowolone jeszcze bardziej: Inter, który zwłaszcza w defensywie zagrał niemal bezbłędnie (Walter Samuel i fenomenalny Lucio sprawili, że był to jeden z najcichszych wieczorów Drogby w tym sezonie), mógł przecież powalczyć o jeszcze jedną bramkę, zwłaszcza po dobrych zmianach Mourinho, a nade wszystko – po wejściu dynamicznego Balotellego. Futbol polega także na wykorzystywaniu słabych stron przeciwnika – w tym przypadku na zwiększeniu presji na łatającego dziurę po lewej stronie obrony Maloudę (wielkie brawa dla Francuza!) i na bombardowaniu bramki nierozgrzanego Hillario… Kibicom Chelsea psuje nastrój kontuzja Petra Czecha i świadomość, że w końcówce pierwszej połowy za faul na Kalou sędzia Mejuto powinien podyktować rzut karny, a może nawet dać Samuelowi czerwoną kartkę – w przypadku tego piłkarza drugą w ciągu pięciu dni… Pewien dyskomfort angielskich fanów (ale też Fabio Capello, oglądającego mecz z trybun) może wiązać się również z występem Johna Terry’ego, zbyt łatwo ogranego przy pierwszej bramce dla Interu. W ogóle gra bez piłki Milito czy Eto’o sprawiała obrońcom z Londynu mnóstwo kłopotów.

Fot. AFP/Onet.pl
Dla mnie był to jednak mecz bocznych obrońców. Stroną Branko Ivanovicia poszły wprawdzie oba najgroźniejsze ataki Interu, ale rajdy Serba z kolei siały mnóstwo zamieszania na połowie gospodarzy – a jeden zakończył się asystą przy golu Kalou. Plus dla Mourinho za zmianę ustawienia w drugiej połowie: kiedy na boisku pojawił się Balotelli, szarże bocznych obrońców się skończyły. W Interze na tej pozycji imponował Zanetti, również włączający się do akcji ofensywnych, znakomicie podający, ale przede wszystkim: pilnujący ustawienia swojego i kolegów w defensywie. Dobrze wypadli (to już poza kwestią bocznych obrońców) Cambiasso i nieustająco wypatrujący wolnych sektorów boiska Sneijder – temu drugiemu w rewanżu zadanie utrudni zdrowiejący Essien. W Chelsea zaś nadspodziewanie dobrze zagrali ci, co do których przed meczem było najwięcej wątpliwości, czyli wspomniany Malouda i Kalou (choć ten drugi co jakiś czas raził niedokładnością), wszędzie było pełno Ballacka, nienajgorzej ustawiał się Mikel, mnóstwo nieefektownej pracy wykonał biegający między pomocnikami i obrońcami Interu Anelka…
Ale ten wieczór warto zapamiętać nie tylko dlatego, że mecz Chelsea był zdecydowanie lepszy od ubiegłotygodniowych pojedynków Manchesteru United i Arsenalu, i że Wyjątkowy tym razem pozostał na drugim planie (wyobraźcie sobie jednak, co by się działo po meczu, gdyby karnego nie podyktowano dla jego drużyny…). Już w kraju, w pojedynku zdecydowanie mniej spektakularnym, Manchester City zasłużenie odpadł z Pucharu Anglii, tracąc po czerwonej kartce Adebayora i pozwalając piłkarzom Stoke strzelić trzy gole. Statystyki Roberto Manciniego robią się coraz gorsze, więc dobrze byłoby, żeby Carlos Tevez wrócił z Argentyny jak najszybciej.
Skomentuj Michał Okoński Anuluj pisanie odpowiedzi